
Oto jest, długo oczekiwana (zapowiadana przecież początkowo na ubiegły rok, ostatecznie wydana dopiero we wrześniu 2011) druga część hard-rockowego dyptyku szwedzkiego Pain of Salvation. Od premiery pierwszej części minęło półtora roku, jednak słuchając „dwójki” trudno oprzeć się wrażeniu, że mózg zespołu – Daniel Gildenlöw – miał projekt całości od początku dość dobrze poukładany w głowie, a jedynie ogrom materiału do zrealizowania spowodował tak długą przerwę pomiędzy dwoma krążkami. Zarówno pod względem brzmienia, jak i stylistyki Road Salt Two kontynuuje to, co słyszeliśmy na pierwszej części – „kontynuuje” nie oznacza jednak, że „powtarza”. Pomysłów na to jak nie pozwolić się słuchaczom odkleić od tej płyty przez długie miesiące Gildenlöw miał bez liku, w dodatku wszystkie okazują się trafione. Dwójka jest więc może odrobinę mroczniejszą (co zresztą sugeruje już sama okładka) siostrą Road Salt One, nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by zawróciła fanom w głowie zupełnie jak bohaterka Sisters z pierwszego krążka.
O ile w przypadku części pierwszej (szczególnie pozbawionej intra edycji standardowej) koncepcyjność dzieła muzycznie nie była tak bardzo odczuwalna, tak Road Salt Two nie pozostawia już żadnych wątpliwości, że nie mamy do czynienia tylko ze zbiorem piosenek – przede wszystkim album ujęty został w smyczkowe klamry (Road Salt Theme oraz End Credits). Intro płynnie przechodzi w pierwszy właściwy utwór – Softly She Cries – kilka cichych dźwięków gitary poprzedza potężny riff, potem następuje krótka, cichsza zwrotka i monumentalny refren (za wokale należy tu szczególnie pochwalić Johana Hallgrena) – muszę przyznać, że była to miłość od pierwszego usłyszenia, gdyż kompozycja niesamowicie wpada w ucho. Nie gorszy jest skoczny Conditioned, następujący zaraz po niej – nie można nie dać się porwać tak nośnemu kawałkowi, tak chwytliwej zagrywce gitary Daniela. Nieco folkowych brzmień i akustyczną ucztę przeżyjemy w Healing Now, jego nastrój świetnie zaś kontynuuje To the Shoreline – jeden z najbardziej melodyjnych utworów w dorobku Pain of Salvation. W limitowanej edycji albumu w tym miejscu znajduje się pierwszy z dwóch bonusowych utworów – Break Darling Break. Jest to groteskowe połączenie znanej z epki Linoleum miniaturki If You Wait oraz Sleeping Under The Stars z Road Salt One. Pijany walczyk poprzerywany wściekłymi wejściami i zakończony wyciszeniem z akompaniamentem dętych instrumentów – takie rozluźnienie dobrze nam zrobi przed tym, co dzieje się dalej.
Ciąg dalszy jest bowiem dużo poważniejszy i mroczniejszy. Eleven pełen jest ciężkich, powolnych riffów i złowrogo zawodzących gitar. Snujące się w zwrotkach wokale budują niesamowite napięcie, a ulgi nie zaznamy bynajmniej w refrenie, lecz dopiero gdy utwór nagle ewoluuje w pogoni krótkich, urywanych dźwięków bliżej swojego końca. Po tak mrocznym doświadczeniu czeka nas krótka, sentymentalna podróż do 1979 roku, zaśpiewana z niezwykłą delikatnością i zwieńczona przepiękną muzyczną puentą. Tak kończy się symboliczna pierwsza strona albumu (podobnie jak w przypadku RS1, płyta podzielona jest umownie na dwie strony na wzór winylowych płyt).
Drugi bonusowy utwór limitowanej edycji – Of Salt – otwiera więc stronę B. Jest to kontynuacja znanego z pierwszej części Of Dust – zagrana wprawdzie nieco inaczej, jednak melodia pozostała ta sama. Dramatycznie robi się w szybszym The Deeper Cut, a zupełnie mrocznie od początku ciężkiego Mortar Grind (znanego już z epki Linoleum, ale nagranego od nowa). Po takiej dawce emocji mamy chwilę by się pozbierać podczas smutnego i cichego Through the Distance (również nie pozbawionego krótkiego, mocniejszego uderzenia) i w ten sposób docieramy do finału. Niemal dziewięciominutowy, podzielony na trzy części The Physics of Gridlock to wspaniałe podsumowanie albumu, jak i całego dyptyku, łączące melodyjność z hard-rockową drapieżnością, niepokój i smutek z odrobiną nadziei. Z pewnością kompozycja ta wywoływać będzie też największe zaskoczenie, gdyż ostatnią część Daniel śpiewa… po francusku. Jeśli miałem jakiekolwiek wątpliwości co do Road Salt Two, dotyczyły one właśnie tego dziwnego pomysłu, przyznać muszę jednak, że z czasem się przyzwyczaiłem i teraz trudno mi sobie wyobrazić by brzmiało to inaczej. Album idealnie zamyka End Credits – instrumentalny utwór oparty na kilku motywach z płyty.
O albumach bardzo dobrych pisać jest najtrudniej. Nie potrafię zganić niczego, choćby najdrobniejszego szczegółu na Road Salt Two, płyta po niezliczonej liczbie przesłuchań wydaje mi się idealna. W zasadzie uwielbiałem ją niemal od samego początku. Ilość emocji, jakie wywołuje we mnie za każdym razem trudno opisać, efekt ten spotęgowało jeszcze zobaczenie Pain of Salvation w akcji podczas październikowego koncertu w Krakowie. Utwory takie jak Softly She Cries czy Conditioned to koncertowe bomby, w życiu też nie słyszałem publiczności śpiewającej tak głośno i z takim zapałem, jak miało to miejsce podczas To The Shoreline,czy odśpiewanego dosłownie w całości 1979. Nie muszę chyba pisać, że bawiłem się wyśmienicie.
Wielu fanów grupy odejście od ściśle progresywnej konwencji potraktowało jako zdradę i nie akceptuje obecnego stylu Pain of Salvation. Jednak gdyby się dobrze zastanowić, to już cztery albumy temu – poczynając od BE – zespół zrezygnował z grania progresywnego metalu i rozpoczął odważne eksperymenty. Jak dotąd akceptuję je wszystkie. Nie jest żadnym przewinieniem, iż kompozycje uległy małemu uproszczeniu w przypadku obu albumów projektu Road Salt. Wynika to zresztą także z przyjętej konwencji – stylizacja na rocka wczesnych lat siedemdziesiątych jest oczywista (choć nie nachalna). Wciąż sporo tutaj elementów progresywnych, wciąż do czynienia mamy z kapitalnymi tekstami, które w dodatku składają się w większą (przy tym na tyle zawiłą, że wymagającą dłuższego zastanowienia przy rekonstrukcji) całość, a co najważniejsze, muzyka Pain of Salvation wciąż jest wulkanem eksplodujących emocji, które, jeśli im na to pozwolimy – mówiąc wprost – potrafią wręcz sponiewierać. Recenzując pierwszą część płyty skrytykowałem ją, chyba oczekując od zespołu czegoś innego – z czasem jednak zrozumiałem swój wielki błąd, gdyż także i jej trudno jest postawić naprawdę uzasadnione zarzuty; mówiąc zupełnie szczerze – również bardzo ją polubiłem, choć potrzeba mi było do tego wielu odsłuchań. Stąd nie podejmuję się próby porównania obu części i oceny która z nich jest lepsza, nie widzę w tym zresztą większego sensu. Stanowią one dwa spójne albumy, które mają sens jako odrębne jednostki, ale dopiero razem składają się w wielką, wspaniałą całość.
Road Salt Two – mogę to śmiało stwierdzić już w tej chwili – jest dla mnie jednym z dwóch najlepszych albumów tego roku. Szanujący się fan ambitnego, solidnego, rockowego grania nie ma według mnie prawa przeoczyć tej płyty. Dobra passa Pain of Salvation zdaje się nie mieć końca, trzymam więc kciuki, że wraz z kolejnym projektem znów zaskoczą nas czymś niespodziewanym, szczególnie, że Gildenlöw ma już podobno nań dość konkretny pomysł. Zanim jednak dane nam będzie usłyszeć cokolwiek o następnym albumie Szwedów – pozostaje delektować się ich ostatnim dziełem, co z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim czytelnikom.

