Opeth – Heritage

Mylił się Steven Wilson twierdząc, że można Heritage jedynie kochać albo nienawidzić – żadna z tych skrajnych emocji nie towarzyszy mi gdy słucham nowego dzieła Opeth. Można by było powiedzieć, że w tym pierwszym zdaniu już mieści się najpoważniejsze oskarżenie jakie stawiam albumowi. Trudno bowiem reprezentując umiarkowanie budzić prawdziwe kontrowersje, a z pewnością nie da się w ten sposób doprowadzić do jakiegokolwiek przełomu. Nie pomoże ani buńczuczna gadka, ani nazywanie własnej twórczości dziedzictwem, nadzwyczaj śmiałe, bo w odwołaniu do naprawdę wielkich poprzedników. Muzyka, jako sedno całego zamieszania, nie ma innego wyjścia – musi bronić się sama, gdyż z czasem i tak zostanie oceniona bez towarzyszącej jej otoczki.

Krótkie przypomnienie dla tych, którzy maniakalnie nie śledzą akcji rozgrywającej się na europejskiej prog-metalowej scenie: premiera Heritage, dziesiątego albumu Opeth miała miejsce w połowie września bieżącego roku. Płyta podzieliła fanów, gdyż Opeth zrezygnował z death-metalowego stylu, na rzecz progresywnego rocka, czerpiącego śmiało z lat siedemdziesiątych, na albumie nie pojawia się growl, a całość uwieńczona została kolorową okładką, która grupie fanów nastawionych „na nie” zupełnie nie współgra z (do niedawna) mrocznym charakterem zespołu. Kompozycje są krótsze, jest ich na krążku aż dziesięć, a w rozkładzie jazdy przewidziane są takie atrakcje jak flet poprzeczny czy afrykańskie bębenki. Nowych pomysłów i zaskakujących rozwiązań więc nie brak, pytanie: czy to wszystko razem wypaliło? Oszczędzę sobie i Wam szczegółowej analizy albumu utwór po utworze, ograniczę się do tego co istotne – kilku mocnych i kilku słabych stron – odpowiedź na powyższe pytanie zostawiając na koniec.

Album robi bardzo dobre pierwsze wrażenie. Bardzo przyjemne, dopracowane brzmienie, z wysuniętym naprzód, mięsistym basem, a także obfitym udziałem klawiszy i nareszcie porządnie wyprodukowaną perkusją (piję tutaj do bubla jaki otrzymaliśmy pod tym względem na Watershed – niby drobiazg, ale dotąd razi) – to wszystko sprawia, że do płyty chce się wracać. Ponadto każdy fan starego King Crimson albo Rainbow znajdzie tutaj bardzo apetyczne odniesienia do swoich ulubieńców, co też może działać na korzyść.

Idźmy dalej – growlu brak, za co obrażą się ci fani death metalu, którzy dotąd jeszcze się nie Opeth nie obrazili – ale za to mamy zupełnie nową jakość jeśli chodzi o wokale. Już pierwsze wejście Mikaela Åkerfeldta na albumie – w The Devil’s Orchard – zaskakuje zupełnie innym podejściem lidera do śpiewania: nie jest integralną częścią całości, a błyskotliwym popisem, elementem wobec którego cała reszta musi zejść na plan dalszy. Krok to odważny, choć przyznać trzeba, że lider zadaniu raczej podołał. Ze zdziwieniem odnotowuję na płycie zabawy tak śmiałe jak brawurowe przeskakiwanie do falsetu albo drapieżne atakowanie co wyższych dźwięków, kiedy niewskazane byłoby ich osłabienie. Wszystko to akceptuję wręcz z entuzjazmem, wszak poszerzanie horyzontów i praca nad warsztatem u każdego muzyka są mile widziane. Szkoda tylko, że tak wyeksponowane wokale nie idą w parze z treścią – teksty należą do najgorszych jakie Åkerfeldt popełnił.

Kolejna rzecz – kompozycje. Nie brak wprawdzie utworów wieloczęściowych, z rozmysłem podzielonych na odrębne wątki, lecz bez wątpienia więcej niż kiedykolwiek jest kawałków prostych. Eksperymenty prowadzą w różnych, czasem bardzo dziwnych kierunkach – Nepenthe odebrać można jako żart, można też potraktować jako dość sztywniacką próbę zabawy własną muzyką – materiał nadawałby się świetnie do jammowania na koncertach, rozwijania – nie podejrzewałbym jednak Opeth o takie praktyki (a szkoda). Slither to hard-rockowa bomba zakończona niestety akustycznym niewypałem (niby typowe rozwiązanie dla Opeth, tutaj jednak zwyczajnie nietrafione). I Feel The Dark niesie sporo mroku, ale mało to przekonujące wobec wspomnienia o wcześniejszych dokonaniach grupy – a w dodatku rozmyte przez snujące się fragmenty. Folklore to również niewykorzystany potencjał i zakończenie, które początkowo może i robi wrażenie, ostatecznie jednak szybko się nudzi.

I tak jest na Heritage niemal bez przerwy. Klawiszowe intro nie byłoby takie złe, ale zostało bez najmniejszej emocji, mechanicznie wyłupane, przez co z czasem zaczyna irytować – ostatecznie zacząłem słuchać Heritage pomijając je zupełnie, bo nie mogłem już go znieść. Kiedy w utworze zaczyna się dziać coś ciekawego – nazbyt często kończy się przedwcześnie. Drobiazgi w wokalach potrafią na moment zachwycić, ale jeśli Mikael śpiewa coś ciekawego przez kilkanaście sekund, by potem rozmyć to w miałkości kilkuminutowej kompozycji, która nie zmierza w żadnym konkretnym kierunku i zdaje się nie posiadać w ogóle szkieletu, jakiegoś sensownego zamysłu – to na nic ciekawy pomysł. O fascynującej „organiczności” jaką charakteryzowały się utwory z Blackwater Park albo Ghost Reveries, w których wszystko współgrało ze sobą idealnie, można zapomnieć. Na Heritage pomiędzy kilkoma kontrastującymi częściami kompozycji często brakuje pomysłu na to jak je połączyć – wtedy mamy do czynienia z nieokreślonym smędzeniem (Häxprocess), albo czkawką (Folklore).

Brzmi to pewnie trochę jakbym czepiał się na siłę. Przyznaję szczerze – brakuje mi gitarowego grania jakie mogliśmy usłyszeć na poprzednich albumach. Brakuje mi przemyślanych, ciekawych riffów, które nie nudziły się nawet po kilkudziesięciu przesłuchaniach, brakuje sprytnych, ładnie wplecionych w całość solówek. Brakuje pewnej emocjonalności, której na Heritage nie odnajduję. Brakuje mi wyczuwalnej pewności, że kapitan statku wie w jakim kierunku płynie. Heritage jest właśnie takim poszukiwaniem na oślep, wymacywaniem drogi połączonym z zupełnym brakiem pomysłu na to co chcielibyśmy na jej końcu znaleźć. Abstrakcyjne porównania dziesiątego albumu Szwedów do Morningrise mają w sobie jednak odrobinę prawdy – na obu albumach mieliśmy do czynienia z wieloma małymi pomysłami połączonymi w większe całości. Problem w tym, że na Heritage (w przeciwieństwie do Morningrise) te drobne elementy nie kleją się ze sobą, poprzeplatane są mnóstwem materiału zwyczajnie przeciętnego – nie takich rzeczy oczekuje się od grupy z dwudziestoletnim stażem. Wszystko to jest zrobione bardzo profesjonalnie, zagrane perfekcyjnie, wyprodukowane bez najmniejszej skazy – pozostaje jednak nadal przeciętnym materiałem, który zapakowano w opakowanie z naklejką obiecującą geniusz. O płycie początkowo nie mówiono nic, by potem mówić o niej zbyt wiele; zespół z akompaniamentem Stevena Wilsona obiecywał album przełomowy, bezkompromisowy, tymczasem dostaliśmy płytę, która może w wykonaniu jakiegoś zupełnie innego, młodszego projektu, nie mającego nic wspólnego z Opeth, byłaby chwalona, ale jak na możliwości tej grupy jest po prostu słaba. Razi nierówność materiału – bo przecież są fragmenty świetne, choćby szybka część w Häxprocess, w zasadzie całe Famine (w mojej opinii chyba najlepszy utwór na płycie), spory fragment The Lines In My Hand… To jednak za mało.

Kiedy pierwszy raz usłyszałem Heritage, pomyślałem, że jest to kandydat na płytę roku. Może nie byłem oczarowany, ale uspokoiło mnie to co usłyszałem. Jednak po kilkunastu kolejnych przesłuchaniach mogłem już powiedzieć, że płyta jest dla mnie wyeksploatowana – nic więcej nie pozostało do odkrycia, niczym mnie już nie zaskakuje, rzadko kiedy czymkolwiek porywa – zaś etapu fascynacji nowym albumem nie było w ogóle. Emocjonalności jest tu tyle, ile zmieści łyżeczka do herbaty, a więc uproszczony i rozwodniony materiał nawet w ten sposób nie może się obronić. Heritage obiecuje wiele, by z czasem bardzo rozczarować. Biorąc pod uwagę, że Opeth od kilku lat należał do ścisłej czołówki moich ulubionych zespołów, jest to rozczarowanie dość bolesne i trudno szukać pocieszenia w tym, że przecież mogło być o wiele gorzej. Przypuszczam, że wiele osób Heritage zaakceptuje i będzie go słuchać z przyjemnością, niemniej wciąż mam nadzieję, że jest to raczej pomyłka Åkerfeldta, a nie pierwsza oznaka artystycznego wypalenia. Liczę, że dane nam jeszcze będzie usłyszeć solidny i przemyślany album Opeth, który nie będzie tylko niespójną zbieraniną niepasujących do siebie przypadkowych utworów. Nawet jeśli Heritage to nie gniot, a „tylko” niewypał.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s