Charlie Winston – Hobo

Podobno pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Pierwsze mgnienie obrazu – twarzy, krajobrazu, abstrakcji – ustala sposób w jaki się będzie oglądało go w przyszłości, pierwszy dotyk określa ponadczasowy kształt, pierwszy kęs mówi nam, czy coś jest dobre, czy pochodzi z McDonalda, a pierwszy zasłyszany dźwięk staje się reprezentantem całej muzyki następującej po nim.
Bzdura oczywiście, choć jest w tym część prawdy, którą żywi się wiele artystów i artystopodobnych maszkar. Zacząć mocno, może ludzie się nie zorientują, że dalej jest gorzej.
Jak to się ma do Hobo Winstona? Jakbym musiał określić jak kojarzy mi się poziom tego albumu, powiedziałbym tak – zaczyna się świetnie, potem jest spadek. Mający wyjątki, bo nie brakuje dobrych piosenek też i poza początkiem albumu, ale jednak spadek. Haczyk tkwi w tym, że tak samo określiłbym ten album parę miesięcy temu, kiedy po raz pierwszy usłyszałem Charliego i od kiedy zacząłem słuchać go nagminnie. Zaczarowany pierwszym wrażeniem?
Wielką sztuką jest nagranie albumu równego, świetnego w każdym calu. Sztuką mniejszą, ale nadal sztuką, jest nagranie takiego albumu, w którym są niziny, wąwozy i depresje, ale które nie tylko nie psują ogólnego wrażenia, a które mimo swej niedoskonałości stanowią przyjemne tło dla swoich piękniejszych braci. Tak jest w przypadku Hobo. Gdy muzyka niczego mi nie mówi, nie sprawdza się zupełnie w moich uszach, to słowa sprawiają, że dana piosenka staje się czymś niespotykanym, czymś co warto przesłuchać. Oprócz tego: aranżacje. Jest to bardzo dopracowany album. Mnóstwo smaczków, które pozostając drugorzędnymi kwestiami nadają piosenkom dodatkowego uroku. Słychać włożoną pracę w to, jak muzyka powinna brzmieć, ale ponad tym cały czas wyraźne są entuzjazm, szczerość i spontaniczność muzyków.
Charlie Winston jest świetnym wokalistą, ma ciekawą barwę głosu, czaruje interpretacją, zachwyca lekkością. Niebanalne podejście do muzyki sprawia, że jest twórcą popowym, którego nie tylko się słyszy, ale i słucha, i to z dużą przyjemnością.
Więc czy jest to magia pierwszego wrażenia? Nie, pierwszy odsłuch nie był niczym szczególnym. Każde kolejne spotkanie z Hobo jest albo tak samo dobre jak poprzednie, albo lepsze.
