The Mars Volta – Octahedron

2009 październik 18

The Mars Volta

Mimo stosunkowo krótkiego czasu działania The Mars Volta zdołało już wydać pięć płyt długogrających. Zespół ten został założony w 2001 roku przez  Cedrica Bixlera i Omara Rodrigueza, a ich pierwszy album ujrzał światło dzienne dwa lata później i narobił spore zamieszanie w światku muzyki progresywnej. Mowa oczywiście o De-Loused in the Comatorium, na który – jak to już bywa z progresywnym rockiem – składały się różnorodne elementy: odniesienia do jazzu, połamane rytmy i tekst z głębszym sensem. Nie ma jednak co ukrywać – tak można powiedzieć praktycznie o każdym progresywno-rockowym projekcie, każda kolejna gwiazdeczka chodzi po utartym uprzednio szlaku. Dla The Mars Volta udało się jednak uniknąć tego losu, nie jest to zespół wtórny, lecz oryginalny. Dla mnie najważniejszą rzeczą na ich debiucie była energia, żywiołowość, entuzjastyczny chaos (mimo, że płyta ta jest konceptem opowiadającym o tym, że śmierć jest lepsza od życia, to więcej tu właśnie entuzjazmu niż goryczy).

Grunniens: 23 czerwca 2009 roku premierę miał najnowszy, piąty już, krążek sygnowany logiem The Mars Volta – Octahedron. Z zewnątrz album nie wygląda inaczej niż poprzednie – okładkę również zdobi awangardowe dzieło – ale mówiąc o wnętrzu zespół używał określeń, które mogą wydać się dość zaskakujące dla słuchaczy ich wcześniejszych nagrań, o tym jednak porozmawiamy później. Zacznijmy od tego – z jakiej perspektywy słuchaliście tej płyty? Czy słyszeliście jakieś wcześniejsze nagrania The Mars Volta? Jeśli tak, to jakie wrażenie na was one wywołały?

Callahan: The Mars Volta słyszałem już wcześniej, ale tamto spotkanie było krótkie i zakończone dość gwałtownie. Wyglądało to tak – włączyłem jakiś utwór, już nawet nie pamiętam z której płyty, wysłuchałem może połowę, potem jeszcze jeden, po czym stwierdziłem, że nigdy więcej tego czegoś nie tknę. Skutecznie odrzucił mnie wokal, a muzyka, przy pierwszym spotkaniu, okazała się być takim hałaśliwym chaosem, że nie była w stanie mnie zainteresować. Nawet jednak, gdyby jej się udało – skrzeczenie, wrzaski i duszenie się wokalisty przekreśliło The Mars Volta w moich uszach. Jedyne, co budziło wątpliwości, to masa zachwytów nad zespołem, na które natykałem się dość często w sieci. Ale po pierwszym doświadczeniu postanowiłem nie wracać, nie interesować się, po prostu zapomnieć, że coś takiego jak The Mars Volta istnieje. Aż do czasu Octahedronu. Skoro padła propozycja jego recenzowania – wypadało zapoznać się z płytą. Pierwszy kontakt znów był nieprzyjemny. Bo choć muzyka zdała mi się być dużo przystępniejszą, nawet momentami interesującą, dobrą [w trakcie pierwszych dwóch odsłuchań wybił się jeden utwór - Halo of Nembutals], to wokal znów odbierał całą możliwą przyjemność czerpaną z muzyki. Powracanie do płyty było trudne, ale wraz z kolejnymi kontaktami okazało się, że już mnie ten wokal tak nie razi, że wiedząc, czego się spodziewać – jestem w stanie przetrwać i zignorować skrzeki, jakich nigdy wcześniej nie słyszałem. Muzyka zaś stawała się coraz bardziej atrakcyjna, coraz przyjemniejsza w odbiorze. W końcu doszło do tego, że wokal zacząłem nie tylko tolerować, ale nawet stał się dla mnie integralną częścią muzyki, jakby wpasował się w nią. Po wielu odsłuchach nie wyobrażam już sobie, by Octahedron mógł wykonać inny wokalista. A całym albumem jestem zachwycony.

Artur: Nie słyszałem wcześniejszych nagrań The Mars Volta, przynajmniej nie był to świadomy kontakt, wokal nie jest mi całkowicie obcy, jednak, pomijając drobne, anonimowe odsłuchy, przyznaję, iż jest to mój pierwszy kontakt z muzyka stworzona przez Bixlera i Rodrigueza. Wrażenia, ostatnim czasy, słuchałem zbyt wiele progresywnego grania, oczywiście mówię z perspektywy zwykłego, szarego odbiorcy, ciągle eksperymentującego, poszukującego, odkrywającego muzykę. Nie chodzi o zamykanie na cokolwiek, ale, zawsze jakieś jest, pomyślałem, że jest to kolejny zespół, gdzie zrozumienie wymagać będzie niewiarygodnego wysiłku umysłowego, sięgnięcia do zbioru biblioteki narodowej i późniejszą walkę z fanatykami, gdzie każda opinia, o ile nie jest pozytywna, kończy się linczem. Zostawiając groteskę, oczekiwałem średniaka, a dostałem przyjemną, miłą, łatwą muzykę. Całkowite zaskoczenie, progresywne brzmienia, które słucha się z niesamowitą łatwością.

Grunniens: Jak wspomniałem wcześniej, słuchałem debiutu, który mnie nie zachwycił, ale pozostawił w moim umyśle furtkę The Mars Volta, która była otwarta na to, że ten zespół jeszcze wyprodukuje coś, co mi się spodoba. I mimo, że przez trzy płyty, dzielące debiut od Octahedronu, nie miałem z tym zespołem żadnego kontaktu, to kiedy dowiedziałem się, że niedawno wyszła ich kolejna płyta, postanowiłem ją wziąć ją na nasze TSORowe pogawędki.

Wracając do zaskakujących stwierdzeń samych muzyków odnośnie zawartości Octahedron. Cedric Bixler Zavala powiedział, że jest to album pop. Czy słychać tutaj ową popularność materiału? Co The Mars Volta wzięło z tego nurtu? Czy piosenki są dobre i nośne – czy może płytkie, napisane po to, by wpadły do ucha, nie niosąc ze sobą niczego wartościowego i tym samym niczego, co mogłoby przeszkadzać potencjalnemu słuchaczowi?

Callahan: Właśnie nośność utworów jest tutaj pewnie powodem nazywania albumu popowym. Słuchałem już kilkakrotnie pierwszego albumu – muzyka nie zmieniła się od jego czasu diametralnie, ale z pewnością była trudniejsza. Zespół miał tendencje do nakładania na siebie bardzo wielu warstw, tworzenia nieokiełznanego hałasu, który dopiero po wielu przesłuchaniach daje się poznać. Tworzył muzykę trudną, bardzo urozmaiconą. Na Octahedronie nie ma nudy, nie ma tworzenia wszystkiego na jedno kopyto, ale utwory zyskały wiele melodyjności, wpadają w ucho, melodie wielokrotnie łapią za serce. Muzyka jest przystępna, chodzi tylko o pokonanie bariery specyficznego głosu wokalisty – potem jest już pięknie. Nie znaczy to jednak, że zespół pozbył się całkiem swojego stylu – wszystko to wciąż posiada oryginalne, nieco chropowate brzmienie, a uważny słuchacz znajdzie niemało smaczków, których nie wyłapie za pierwszym, trzecim razem.

Grunniens: Utwory są proste i wpadające w ucho, ustrzegły się jednak od syndromu prymitywności towarzyszącemu od lat plakietce „pop”. Bardzo fajnym pomysłem jest aranżowanie piosenek prostych i lekkich w niecodzienny sposób. Tak jak wspomniał Callahan, mimo nie skomplikowanego schematu, na Octahedronie znajduje się sporo smaczków, których wartość można odkryć dopiero za którymś przesłuchaniem z kolei.

Callahan: Pomimo popowości materiału, nie wrzuciłbym jednak tej płyty do szufladki z popem, bo byłoby to dla niej mocno krzywdzące. To, że melodie mają nieco wspólnego z popową prostotą, nie czyni z tej płyty albumu z tego nurtu. Tu wciąż nie brakuje przesterowanych rockowo gitar, niezłego perkusyjnego kopa czy momentów, w których wokalista będzie mógł na koncercie rozedrzeć się na całe gardło. A przecież możemy też zaobserwować fragmenty czerpiące z progresji, a nawet z jazzu [choćby ostatni utwór na płycie]. The Mars Volta nagrało płytę pop-rockową, w kontekście swojej dotychczasowej twórczości. Myślę, że człowiek nie wyściubiający nosa za daleko poza popowe klimaty, niekoniecznie chciałby tej płyty słuchać, mogłaby się okazać dla niego, paradoksalnie, za trudna, bądź zbyt ostra.

Grunniens: Oczywiście, to nie ja wrzucam Octahedron do worka pop, lecz szanowny pan wokalista. Myślę, że nazywając tą płytę płytą pop, miał na myśli właśnie to złagodzenie brzmienia, prostotę kompozycji. Zauważ, że w większości piosenek panuje tu schemat “zwrotka-refren-zwrotka-refren”. Cała magia tego albumu polega na unikalnej aranżacji prostej melodii na prostej konstrukcji.

Artur: Nie jest to typowy rock progresywny, zbyt łatwy i przyjemny, więc krążek ma jakieś elementy popowe, mówiąc o zapożyczeniach z dobrej strony tego gatunku. Przesłanie, tu sprawa jest dość skomplikowana, zależy od koncepcji, oczekiwań słuchacza, nie zawsze musi być to materiał przełomowy, niezwykły, jeżeli dany twórca jest w stanie napisać dobry tekst o kwiatach, gazecie, kawie, czemu nie ? Liczy się przyjemność, a tego utwory z Octahedrona nie są pozbawione, tekst doskonale podkreśla umiejętności wokalisty, swoją drogą, właśnie ten element zwrócił moją uwagę, o ile zdarza się Bixlerowi kaleczyć niektóre słowa, całość brzmi niesamowicie. Największy plus, wokal, może nie jest najoryginalniejszy, ale sprawia, że mam ochotę jeszcze raz odpalić płytę.

Grunniens: Drugą wypowiedzią, która mogła zakłopotać człowieka odsłuchującego najnowsze dzieło The Mars Volta, były zapowiedzi Octahedronu jako albumu akustycznego. Jest to na pewno specyficzne rozumienie tego pojęcia, ponieważ na tym krążku nie brakuje elektroniki, ale czy wy słyszeliście tutaj ten zamysł? Jest tu tak wyraźny nacisk na akustyczność czy nie? Podoba się wam takie podejście, jakie zaprezentował The Mars Volta na tym albumie?

Callahan: Bardzo. Zapanowała teraz moda, żeby grając nawet progresywnego rocka, wciskać wszędzie ciężkie zagrania, rodem z metalu. Octahedron ostrych, ciężkich riffów jest pozbawiony – zdecydowana większość gitarowych partii, granych na gitarach elektrycznych, wygląda na możliwą do wykonania na akustykach. Część jest zagrana po prostu akustycznie. Myślenie jest ogólnie nastawione na granie muzyki delikatniejszej, nawet drapieżniejsze akordy bardziej są dramatyczne, niż ciężkie. Muzyce wyszło to oczywiście na dobre.

Artur: Wiesz, jeżeli twórca mówi, że tworzy album akustyczny, musi być to album akustyczny. Zamysł, nie wiem czym kierował się zespół, może ich zdaniem jest to typowo akustyczny twór, może to zwykłe gadanie, ot zwiększa szum, wszak grali coś zupełnie odmiennego, ale jest prawie akustycznie, prawie progresywnie, prawie popowo. Nacisku wyraźnego nie ma, jeżeli ktoś chce stworzyć typową rzecz, raczej nie będzie kombinował, gdzie w tym sens? Napisze ponownie, przyjemna rzecz, świetnie się słucha.

Grunniens: Nie jest to w pełni akustyczny album, co więcej – wtręty elektryczne nie są tu tylko dodatkiem, ale ważną, integralną częścią. Sądzę, że można by cały Octahedron przekroić na pół – pierwsza część jest popowa i akustyczna, a druga jest wypełniona specyficznym klimatem The Mars Volta, najlepszym tego przykładem są ballady, w których ta dwupłaszczyznowość jest szczególnie widoczna – z jednej strony akustyczna piosenka, a głębiej znajduje się elektryczne tło.

Co wam się podoba na tym albumie? Jakaś konkretna piosenka, pomysł, może gra któregoś z muzyków? Co najbardziej zapada w ucho i w pamięć, co jest najprzyjemniejszym elementem na Octahedronie?

Callahan: Podobają mi się kompozycje – wszystkie mają w sobie coś ciekawego, coś innego do zaoferowania. Porywa mnie płynny spokój melodii otwierającej płytę, zachwyca głośne wejście w Halo of Nembutals. Bardzo lubię smutne With Twilight As My Guide z przepięknym refrenem [w którym Cedric Bixler-Zavala zawodzi tak, że na początku mnie to odrzuciło, a potem się w tym prawie zakochałem], lubię potupać nogą do mocnego Cotopaxi z wykrzyczanym refrenem, uwielbiam rytm Desperate Graves, wprawdzie jako jeden z ostatnich, ale zauroczył mnie bardzo melodyjny, spokojny Copernicus. Luciforms powalił mnie swoim floydowskim wstępem, pełnym, zdecydowanym wejściem zespołu, niesamowitymi, urozmaiconymi partiami ocierającymi się zarówno o progresywną, jak i o jazzową stylistykę. I dużo więcej, jak elektroniczne smaczki w tle i wiele innych ciekawych drobiazgów, które trudno spamiętać. Ta płyta w swej prostocie jest tak bogata, że można o niej mówić bez końca. Jednego, najlepszego utworu nie potrafię wyróżnić, bo każdego dnia podoba mi się inny.

Grunniens: Mi podoba się dwupłaszczyznowość tego albumu. Gdy pierwsza gitara akustycznie akompaniuje wokaliście, druga przeciągłymi dźwiękami tworzy niekonwencjonalne tło, które jest takim bonusem dla tych, którym znudziła się poprzednia formuła. Jest to takie wyjście naprzeciw słuchaczowi, który mówi: „To mnie już nie ciekawi, to jest typowe, za lekkie, za łatwe” – a zespół wtedy podchodzi i pokazuje na drugi plan: „To spójrz na to, jak to ci się podoba?”. Świetne są wszystkie zagrania drugiej gitary, zarówno w najbardziej rockowym Cotopaxi jak i w spokojnym Copernicus, swoją drogą którego końcówka jest rewelacyjna. Z resztą każdy utwór ma dużo do zaoferowania.

Artur: Wokal, bardzo charakterystyczny, nie byłbym w stanie napisać czemu, ale podoba mi się barwa, sposób śpiewania, prócz drobnego szczegółu, ale o tym później. Najbardziej wpadające w ucho, oczywiście rzecz względna, dwa pierwsze kawałki, potrafią zachęcić do dalszego kontaktu, typowe, muzyka przeważnie układana jest w ten sposób, ale dalej również znajdziemy kilka ciekawszych momentów. Nie zmienia to faktu, iż  Since We’ve Been Wrong i Teflon to pozycje obowiązkowe i najlepsze. Druga kwestia, gitary, lubię ten instrument, zawsze zwraca moją uwagę, a tu brzmią bardzo dobrze, w ogóle muzyka tworzy jedność. Nie doszukasz się tu efektownych solówek, dziwacznych wstawek, ponownie napiszę, podobnie jak przy dyskusji o płycie Black Clouds & Silver Linings zespołu Dream Theater, muzyka nie polega na popisach.

Grunniens: Z drugiej strony – co wam się nie podobało? Co byście wycieli z taśmy nagraniowej, a wycięty kawałek pocięli na mniejsze części, podlali benzyną, spalili, a popiół wrzucili dla sąsiadów zza wschodniej (bądź zachodniej) granicy? Czy znalazło się tu coś, co znienawidziliście z całego serca lub przynajmniej irytowało?

Callahan: Irytowało mnie od początku i irytuje nadal to, że płyta zaczyna się ciągłym dźwiękiem, trwającym półtora minuty. Rozumiem – może to i ładne, może interesujące, ale słuchanie przez 90 sekund cichego pisku mnie nudzi i teraz po prostu przewijam pierwszą minutę, by nie czekać na muzykę w nieskończoność. Ten sam dźwięk łączy część utworów, co nie przeszkadza, tworzy wręcz ładną ciągłość, ale też irytujące jest, kiedy zespół przeciąga go dłużej, niż kilkanaście sekund, co się zdarza. Poza tym mógłbym uczepić się chyba tylko do wokalu, ale po wielu przesłuchaniach naprawdę nie uważam go już za wadę – przestał mnie razić, stał się integralną częścią specyficznego charakteru muzyki The Mars Volta, wręcz jego zaletą.

Artur: Nie istnieją rzeczy idealne, zawsze znajdziemy minusy, negatywne strony, ale jeżeli coś jest przyjemne, sprawia, iż nie żałujesz poświęconego czasu, bezproblemowo byłbym w stanie pominąć, przymknąć oko na ciemniejsze odcienie Octahedrona. Wspomnę jedynie o nietypowym, nieco śmiesznym, problemie. Wokalistę wysłałbym do logopedy, rzecz niesamowita, czasami zastanawiałem się czy rzeczywiście w utworze, liryce, użyto tego rodzaju słów, zwrotów. Długie intra, strata czasu, początkowo przeraziłem się, iż na tym polegać będzie całość albumu, dziwaczne dźwięki, progresywny rock, na szczęście, okazało się, iż jest jedynie to kolejny, z setek podobnych, dziwacznych zamysłów twórczych jednostek.

Grunniens: Nie podobają mi się przydługie wstępy do niektórych utworów. Oczekuję muzyki, a nie ciągnącego się w nieskończoność dźwięku. W paru miejscach mastering nie jest najszczęśliwiej zrobiony – chodzi mi głównie o zakończenie Halo Of Nembutals, gdzie „hałaśliwa” partia pianina jest schowana pod perkusją i resztą zespołu, co brzmi tak, jakby zespół chciał dać taki bardziej awangardowy smaczek, ale przestraszył się, że wyeksponowanie tego fragmentu nie będzie pasowało do reszty. Jest to podobne do Mouth Of Ghost grane przez The Dilinger Escape Plan, gdzie bardzo ciekawa partia klawiszy jest schowana i przytłumiona. A niepotrzebnie. Zabrakło mi tu jeszcze jakiegoś bardziej wyrazistego utworu, w stylu Teflon czy Cotopaxi, ale to już szczegół.

Medal, jak powszechnie wiadomo, ma dwie strony. Przyjrzeliśmy się im obu, tej jaśniejszej i tej mniej jasnej, i przyszedł czas by porównać je ze sobą i zobaczyć jak na ich tle wypada cały album. Jakie są wasze ogólne wrażenia po przesłuchaniu Octahedron? Polecacie czytelnikom zapoznanie się z tym albumem?

Callahan: Wokale Bixlera-Cavali nie każdemu muszą przypaść do gustu. Wokalista skrzeczy, piszczy, czasami można odnieść wrażenie, że się dusi. I jeśli ktoś jest bardzo wybredny wobec wokali [sam tak mam] może szybko zniechęcić się do The Mars Volta. Warto jednak poświęcić więcej czasu na zapoznanie się z zespołem. Octahedron w swej prostocie i przystępności jest do tego celu doskonały. Myślę, że ludzi znających już The Mars Volta i słuchających ich muzyki nie trzeba do nowej płyty zachęcać, więc polecam album wszystkim, którzy nie próbowali jeszcze zmierzyć się z zespołem. Po dobrym zapoznaniu się z nim, można śmiało sięgnąć po coś starszego – ja wziąłem się za pierwszą płytę i jestem bardzo zadowolony, będę brnąć dalej przez ich dyskografię, choć nie jest to wędrówka łatwa. Muzyka The Mars Volta po dobrym przyswojeniu materiału sprawia ogromną frajdę, posiada masę energii, a wszystko cechuje się oryginalnym stylem, brzmieniem i podejściem do muzyki, nawet, kiedy muzycy opierają swoje kompozycje na popularnych, przystępniejszych słuchaczowi schematach, jak ma to miejsce na Octahedronie.

Grunniens: Album jest łatwy do odbioru i przyjemny do słuchania. Trzeba mieć oczywiście do tego odpowiedni nastrój, ponieważ muzyka zawarta na Octahedron jest utrzymana w specyficznym klimacie, który nie nadaje się do każdej okazji. Płytka mnie nie zachwyciła, ale szczerze mówiąc nie mam się do czego przyczepić. Potrzeba trochę czasu, by wsiąknąć w tą muzykę, ale potem słuchanie jest bardzo przyjemne. Warto znaleźć czas by się zapoznać z najnowszym dziełem The Mars Volta.

Artur: Polecam, a nawet bardzo cholernie polecam, zastrzegając, iż nie każdemu może się spodobać, wszak mówimy o gustach, mnie zaskoczyło i zaciekawiło, czytelnika może odrzucić, niby norma, ale warto pamiętać o takich drobnostkach. Jasna strona medalu, świetna muzyka, będę wielokrotnie wracał, ale, tu zbliżamy się do strony ciemniejszej, nie wiem czy sięgnę po starsze płyty, idąc tropem, iż Octahedron jest pobocznym projektem, odskocznią, można trafić na coś całkowicie odrębnego. Póki nie przesłucham poprzednich krążków, rekomenduję jedynie Octahedron. Niezależnie, myśl przewodnia pozostaje niezmienna. Przeczytaj, przesłuchaj, wyrób własną opinię.

TSOR: Behind The Scenes:

Grunniens: I jeszcze dwa pytania, takie bardziej konsumenckie – jak się słucha Octahedron po piwie, dwóch, trzech czy ilu tam (to do Artura), oraz czy chrupanie zamrożonych pierożków przeszkadza w słuchaniu tego krążka, czy może wręcz przeciwnie – przenosi wrażenia na zupełnie inny poziom (to do Callahana)?

Callahan: Nie próbowałem chrupać mrożonych pierożków, bo bym sobie zęby połamał, to raz, a dwa, że pierożki to nie substancje psychoaktywne i odbiór muzyki można tu tylko uzależniać od bycia głodnym, lub błogo najedzonym, co za bardzo jednak nie ma znaczenia.

Artur: Nie istnieje muzyka, zwłaszcza dla Artura, która nie brzmiałaby niesamowicie po kilku piwach, aż strach sięgnąć po coś z disko polo.

Żadnych komentarzy.

Dodaj komentarz

Note: You can use basic XHTML in your comments. Your email address will never be published.

Subscribe to this comment feed via RSS