Guapo – Twisted Stems
The Heliotrope
Przez polanę wewnątrz kręgu poskręcanych pnączy przeleciał wiatr, odbijając się krystalicznym dźwiękiem od stojącego po środku menhiru, potężnego jak tytan, który trzyma na swych barkach ziemię i poczuwszy ożywcze tchnienie zimnego powietrza z ulgą wydycha ze świstem przetrzymywany oddech; potem, za magiczną sprawą wiatru, chmury się przesuwają, odsłaniając słońce, które nasyca swym blaskiem poskręcane łodygi, te podnoszą się i roztaczają świetlistą aurę po całej okolicy, światło zalewa świat aż po horyzont.
Spośród chaszczy wyłania się mężczyzna, powoli obchodzi głaz wodząc po nim palcem, następnie zatrzymuje się i kładzie nań całą dłoń. Pojawia się muzyka, unosi się nad roślinami. Początkowo cicha, potem coraz bardziej słyszalna. Człowiek wygina głowę ku słońcu jak kwiat spragniony światła; kieruje twarz ku słońcu, jakby chciał wchłonąć energię oczyma i rozprowadzić ją po całej duszy, wyciąga dłoń do góry, jakby chciał schwytać gwiazdę palcami, wznosi swój głos w zgodnej harmonii z muzyką pędów.
In the same way as the others.
Z oceanu świetlistej zieleni wyłania się człowiek, jego oblicze lśni, słońce, menhir, podchodzi, dotyka, smakuje. Dokonuje rytuału podobnie jak pierwszy, dołącza swój głos do zastanej harmonii.
In the same way as the others.
Wyłaniają się następni. Słońce. Menhir. Rytuał łodyg. Śpiew wznosi się ku górze. Muzyka. Znika świat. Powoli, czasu jest dużo. Najpierw góry, rzeki, lasy, puszcze, miasta, wsie i osady, tłumy i tłumy opuszczonych, żywi i żywi o martwych duszach, martwi i umierający i ziemia, która ich pochłonie, domy, podłogi i dachy, fundamenty i ściany, okna, to, co wewnątrz i to, co na zewnątrz; giną wszystkie rzeczy w oślepiającym lśnieniu, giną też poskręcane łodygi, ludzie i menhir. Wymiera powietrze, rozkochane w promieniach, rozkochane w słońcu, rozkochane tak samo, jak rozkochane jest wszystko inne. Zostaje tylko Światło i Muzyka, harmonia głosów, zmieniają się słowa i melodia, ale dalej są pod wpływem hipnotyzującego Słońca. Oczy śpiewających wysychają, ślepną, każdy z nich w ten sam sposób, co pozostali.
The Selenotrope
Przez polanę wewnątrz kręgu poskręcanych pnączy przeleciał wiatr, odbijając się krystalicznym dźwiękiem od stojącego po środku menhiru, stojącego ponuro jak trup nabity na pal, który spływa powoli, a jego krew nasiąka w drewno, jego martwe członki poruszają się na wietrze i wtedy, wtedy wygląda prawie jak żywy; potem, za magiczną sprawą pędzącego powietrza, chmury się przesuwają, odsłaniając pełny księżyc, które nasyca swym blaskiem poskręcane łodygi, te podnoszą się i roztaczają swą roślinną woń po całej okolicy, ciemna zieleń zalewa świat aż po horyzont.
Przez chaszcze przedziera się kobieta, jej ramiona krwawią, ubranie wiszące na niej jest podarte. Kolce dotykały także jej twarzy, na policzku widać ciemnoczerwone ślady. Pokonuje szybko przestrzeń, jaka dzieli ją od kamienia, i dotyka go. Czuje jego zimną powierzchnię, przez jej ciało przechodzą dreszcze, wygina głowę do tyłu, poplątane czarne włosy wiszą tuż nad ziemią, wpatruje się w księżyc. Opada na ziemię, a wokół niej zaczyna się budzić muzyka – może zbudziła się wcześniej, ale ona tego nie słyszała, może trwała zawsze, czekając wiecznie na słuchacza, który zostałby porwany prądem tej melodii, tej harmonii, tego rytmu, który zachwyciłby się i dołączył do powstającego dzieła. Kobieta leży na ziemi z podkulonymi nogami i obserwując księżyc zaczyna śpiewać. Jeden niski dźwięk, który powoli rósł i doszedłszy do odpowiedniego poziomu zamilkł.
Poskręcane łodygi zaczęły się wić w stronę polanki. Ziemia zadrżała trzykrotnie.
Siła ziemi wybija leżącą na niej osobę, ta kuca, chwyta się menhiru i znowu rozpoczyna śpiewać. Przerywa, potem zaczyna od nowa. Nierówny śpiew się rozwija, echo powtarza zasłyszany głos, potem ożywia się i śpiewa wraz z kobietą w dwugłosie.
Poskręcane łodygi pełzają po polance. Ziemia zadrżała trzykrotnie.
Osoba śpiewa miotając się między nimi trzema: księżycem, menhirem i roślinami ruszającymi się u jej stóp. Czasem milknie, czasem uderzy w mocniejszy ton, ale powoli muzyka pędów dookoła niej ją przemaga.
Ziemia zadrżała trzykrotnie.
Głos pełen emocji, chłód bliski szaleństwa. Księżyc oświeca ziemię wyplutą z wnętrzności Światła.
Pnącza objęły kobietę, oplątały menhir. Ziemia zadrżała. Trzykrotnie.
Śpiewa.
Głaz pada na ziemię ciągnięty siłą roślin, które następnie szybko go zakrywają.
Muzyka gaśnie.
