The Dillinger Escape Plan – Ire Works

Wywiad z członkami zespołu. Jeden fragment utkwił mi w pamięci – nie pamiętam kto mówił, może jeden z gitarzystów, może wokalista, nieważne kto, chodzi o treść. Brzmiał on mniej więcej tak: „Kiedyś jeden z moich znajomych podszedł do mnie po koncercie i powiedział, że z tego, co się działo na scenie, wynika, że cały zespół powinien pójść na zajęcia dotyczące radzenia sobie z gniewem. Odpowiedziałem mu, że właśnie to, co robimy na scenie, jest radzeniem sobie z gniewem”. Mówiąc to, śmiał się. Te słowa obrazują idealnie, czym jest muzyka The Dillinger Escepe Plan – jest brutalna, agresywna, kompletnie szalona, ale równocześnie w jakiś absurdalny sposób koi, a słuchając tej muzyki uśmiechasz się tak samo, jak uśmiechał się muzyk, opowiadając wcześniej wspomnianą historię. Moje pierwsze spotkanie z The Dillinger Escepe Plan nie było pozytywne. Słyszałem wtedy utwór Panasonic Youth z wcześniejszej płyty zespołu. Po usłyszeniu tego nie chciałem słyszeć tego nigdy więcej. Brzmiało to jak szukanie w metalu nowej drogi, której tak naprawdę nie ma. Gitary grające coś szybko, ale bez sensu, wokal, który przedzierał się przez całość na przełaj. Kojarzyło mi się trochę z Meshuggah, tyle, że w odróżnieniu od nich, ich dźwięki nie były klarowne i wyraźnie rytmizowane. Chaos, muzyczny bajzel, słowem: nieprzyjemnie. Jednak na tym nie skończył się mój kontakt z The Dillinger Escepe Plan. Na szczęście, inaczej straciłbym naprawdę sporo wartościowej muzyki. Z czasem przekonałem się również i do Panasonic Youth. Gitarowy bezsens okazał się być przemyślaną całością złożoną z małych segmentów, w każdym z których niepoślednią rolę pełni rytm. Niepoślednią, ale i nie najważniejszą. W przeciwieństwie do wspomnianego wcześniej Meshuggah, tu melodia, wysokości dźwięków, nie jest bez znaczenia. Nie cały zespół jest sekcją rytmiczną. I dzięki im za to. Wokal natomiast może się podobać i, podobnie jak partie gitarowe, zyskuje po kilku przesłuchaniach – chodzi mi przede wszystkim o różne odmiany krzyku, ponieważ części śpiewane są niezłe, ale nie powalają.

Muzyka, w jakiej specjalizuje się The Dillinger Escepe Plan – co tu dużo mówić – jest już ze swojej natury dość monotonna. Jak już chwyci, to słucha się tego dobrze, ale ciężko rozróżnić jeden utwór od drugiego. Owszem, w każdym jest coś, co wyróżnia go od reszty, jednak to „coś” pojawia się często dopiero w dalszej części piosenki. Zazwyczaj byłoby to wyraźną wadą, no bo ile można słuchać tego samego, chłopaki jednak wykazali się kreatywnością i na Ire Works umieścili dużo numerów, zupełnie niepodobnymi do reszty albumu, a które nie są typowymi zapychaczami, lecz pełnoprawnymi – i do tego bardzo dobrymi – utworami. Black Bubblegum, świetne połączenie rzeczy, zdawałoby się, nie dających się połączyć – metalu i Timberlake’a, transowe i klimatyczne Sick On Sunday, dwa utwory instrumentalne, Mouth Of Ghosts z interesującym, oszczędnym wstępem utrzymanym w jazzowych klimatach. Jest tego więcej: metalowe kawałki z kopem, ale pozbawione udziwnień rytmicznych. Milk Lizard oraz Dead As History, bo o nich mowa, wpadają szybko w ucho, ale i szybko z niego wypadają. Największy kontrast jest w pierwszym z wymienionych, który na początku porywa, a potem po prostu nudzi. Ale esencja The Dillinger Escepe Plan, jest równie szalona i równie fascynująca od początku do końca, a dzięki urozmaiceniu albumu smakuje jeszcze lepiej. Pierwszą – i zarazem ostatnią – barierą jest stosunek do tak ekstremalnej muzyki. Jeżeli uda się odnaleźć coś w tym chaosie, wtedy bez problemów będzie można się zachwycić całością. Coś, nie logikę, nie porządek, nie to, co stare, dobre i sprawdzone, nawet nie szaleństwo, bo jak na nie, Ire Works jest zbyt schludne. Po prostu coś. Coś, dzięki czemu czuć w tym zespole energię, życie i emocje. Coś, co łączy ciężar i lekkość. Coś, co sprawia, że The Dillinger Escepe Plan nie jest jednym z setek podobnych do siebie zespołów, ale jest tylko i wyłącznie The Dillinger Escepe Plan. To dużo.
