Dave Matthews Band – Big Whiskey & The Groogrux King

2009 lipiec 27

dmb

Dave Matthews Band. Historia kapeli, przyznam, że dość interesująca, rozpoczyna się w 1993 roku, albumem Remember Two Things. Zarejestrowane nagranie występu grupy w The Muse Music Club, zdobywa studenckie listy przebojów emitowane przez rozgłośnie uniwersyteckie w USA. Popularność przyciąga uwagę wytwórni, pozwalając na dalszy rozwój kariery muzyków. Rok 1994 to Under the Table and Dreaming, status poczwórnej platyny, sukces okraszony tragiczną dedykacją pamięci Anny, siostry Dava Matthewsa, zamordowanej przez własnego męża. Niezależnie od wszystkiego, życie mknie dalej. Rok 1996 to Crash i 4 nominacje do nagrody Grammy, w tym zwycięstwo w kategorii Best Rock Vocal Performance. Dotychczasowo zdobyta sława i rozgłos okazały się niczym w porównaniu do roku 1998, kiedy miała miejsce premiera Before These Crowded Streets, trzeciego albumu, do obecnej chwili okrzykniętego przez krytyków mianem najlepszej płyty w dyskografii zespołu. Bardzo dobra sprzedaż krążka w pierwszym tygodniu doprowadziła do zdobycia pierwszego miejsca na liście Billboard 200, najważniejszego, cotygodniowego zestawienia 200 najlepiej sprzedających się albumów w USA. Jeden z najważniejszych wyznaczników popularności poszczególnych wykonawców. Before These Crowded Streets pokonało, królującą na liście przez 16 tygodni, ścieżkę dźwiękową z Titanica, co w obliczu ogólnoświatowej popularności filmu, jest niebagatelnym wyczynem. Machina Dave Matthews Band ruszyła pełną parą…

Artur: Big Whiskey & The Groogrux King, czyli najnowszy, siódmy już, studyjny album amerykańskiego zespołu rockowego Dave Matthews Band. Płyta określana mianem przełomowej. Jest to pierwszy nagrany materiał oraz swoisty hołd oddany zmarłemu w 2008 roku członkowi, kluczowej postaci, współzałożycielowi zespołu, saksofoniście LeRoiowi Moorowi. Saksofonowe solo rozpoczynające krążek wykonane zostało przez Moora. „Groogrux” to również przezwisko muzyka. Producentem muzycznym, czyli osobą odpowiedzialną za całokształt nagrań, jest Rob Cavallo, który de facto wypromował Green Day. Ciekawostką jest fakt, iż płyta jest piątym albumem zespołu debiutującym na szczycie listy Billboard, udało się to jedynie Dave Matthews Band i Mettalice.

Statystyki statystykami, może nie jesteśmy równie opiniotwórczy co Billboard, jednak kilka słów, opinii na temat Big Whiskey & The Groogrux King możemy wygłosić. Zacznę standardowo, skoro koncepcja ta sprawdzała się w poprzednich tekstach, nie widzę powodu do wprowadzania rewolucyjnych zmian. Pierwsze wrażenia, odczucia po przesłuchaniu, zapoznaniu się z płytą ?  Na jakie elementy warto zwrócić uwagę, co pominąć ?

Callahan: Pierwsze przesłuchanie to przede wszystkim przykuwający uwagę wstęp. Bardzo ładne saksofonowe intro o przyjemnym klimacie. Potem wejście pierwszego utworu zapowiada słoneczną, pogodną, radosną płytę. Mamy sporo dęciaków i lekkie, rockowe granie. Nieco matowy głos wokalisty nie denerwuje. Kolejne utwory – zdobywający listy przebojów Funny the way it is wprowadza jednak małą monotonię. Później brakuje tych dęciaków, niby są, ale jakoś schowane i nie nadające już muzyce tyle życia. Środek płyty jest monotonny i już po połowie sprawdzałem ile zostało do końca. Ostatni utwór za pierwszym lub drugi przesłuchaniem wpadł mi w ucho ze względu na chwytliwy refren. Całe szczęście kolejne odsłuchy, kiedy lepiej poznałem płytę, już tak nie nudziły.

Grunniens: Pierwsze przesłuchanie nie zrobiło na mnie żadnego rewelacyjnego wrażenia. Ot, sympatyczna muzyka, miło się słucha, bez euforii, ale i bez zgrzytania zębami, przepływa obok, wlewając się w jedno ucho, wylewając się przez drugie. W pamięć zapadł mi tylko pierwszy pełnoprawny utwór Shake Me Like A Monkey, a to i tak wyłącznie dlatego, iż nieodparcie kojarzył mi się z Word Up Korna. Utwory na tym albumie są mało zróżnicowane, nie są też wyraziste, dlatego na początku wszystko zlewa się w jedną papkę, przyjemną, nie powiem, dobrze się słuchało, ale jednak papkę, pozbawioną wyżyn czy depresji, czegokolwiek odróżniającego się z reszty. Jeśli chodzi o początkowe wrażenia, to muszę napomknąć, że przypadł mi bardzo do gustu wstęp albumu, który, szczerze mówiąc, natchnął moją nadzieję na coś o większym jazzowym posmaku (czego niestety się nie doczekałem).

Artur: Całość jest spokojna, nie jestem szczególnym fanem, więc kwestia otoczki w jakiej powstawała płyta nie ma dla mnie większego znaczenia, oczywiście rozumiem utratę osoby z którą tworzyło się muzykę, coś niesamowicie osobistego, ale nie oceniam albumu przez pryzmat śmierci współzałożyciela. Podoba mi się Grux, kawałek rozpoczynający, wspomniana solówka Moora, saksofon pieści uszy, może nie jest to najwybitniejszy saksofonista, ale zagrać coś potrafi. Dalej mamy zwykłe kawałki, nie jest to pokaz wirtuozerii gitar, instrumentów dętych czy samego wokalu, ale nie każda muzyka musi przełamywać bariery, rewolucjonizować, zmieniać. Czasami samo granie dla przyjemności, lekkie muzykowanie wystarcza.

Mówicie o monotonii, jednak czy nie jest to wywołane nieodpowiednim podejściem, oceną płyty przez przekrój zespołów których słuchacie na co dzień, wiem, że nie unikniemy porównań, ale czasami wystarczy podejść do muzyki w zupełnie inny sposób, bez stereotypów, zestawień, nie wiem jak Wy, ale ja od początku nie oczekiwałem niczego, starałem się wyzbyć przyzwyczajenia do porównań. Czy monotonia jest efektem muzyki, sposobu grania czy pewnych oczekiwań, wzorców, które przyjęliście, posiadaliście od początku ?

Grunniens: Nie miałem żadnych oczekiwań, bo po prostu przed tą płytą nie spotkałem się w ogóle z tym zespołem. Nie porównuję też muzyki nowej do tej, którą słucham na co dzień. Nie da się po prostu. Poza tym nie bawi mnie nieustanne tkwienie w jednym klimacie to, że coś nie należy do ulubionego mojego gatunku, nie oznacza równocześnie, że już na starcie będę coś ujmował tej muzyce. Przełamywanie monotonii nie wymaga wirtuozerii  bo, jak pokazuje wiele zespołów grających progmetal na modłę Dream Theater, to nie o to chodzi. Nie wymaga też i rewolucji, wystarczy, że jest coś zrobione ze smakiem, to nawet korzystając ze sprawdzonych receptur można zrobić, co nie będzie mdłe i co tym samym wyróżni się z tłumu. Ważne jest też od czego dane coś się odróżnia. Przykład kulinarny  jest pan A. i pan B., obaj robią pierożki. Pierożki pana B. różnią się od pierożków pana A., ale równocześnie  wszystkie pierożki pana B. są do siebie podobne. Tak samo w muzyce  piosenki Dave Matthews Band odróżniają się od tego, co zazwyczaj leci w radiu, ale niczym nie różnią się od siebie nawzajem. O ile w pierożkach nas nie obchodzi to, że wszystkie wyglądają i smakują tak samo, tak w muzyce może to już przeszkadzać.

dmb2

Callahan: To prawda, że jestem przyzwyczajony do słuchania muzyki, w której wciąż “coś się dzieje”, ale to nie znaczy, że słucham TYLKO takiej. Lubię czasami sięgnąć po coś na przykład post-rockowego, czy post-metalowego, a, jak wiemy, tam za wiele się nie dzieje, bo ta muzyka jest nastawiona na coś innego. Od muzyki wymagam, by zainteresowała mnie czymkolwiek, przyciągnęła moją uwagę czymś, co ma jakąś wartość – mogą to być wirtuozowskie solówki czy skomplikowane teksty, ale może być też tworzenie napięcia, może być po prostu rozrywka, przyjemność z tego, że z głośników słyszę coś przyjemnego. To ostatnie trudno jest określić, zdefiniować… Kiedy włączałem omawiany przez nas album i starałem się poświęcać mu więcej uwagi, to okazywało się, że mnie nudzi, że kolejne utwory nie różnią się od siebie za bardzo i nie prezentują niczego wartego uwagi. Ale kiedy włączyłem płytę jako tło, słuchało mi się jej bardzo przyjemnie. Jest tu kilka utworów, które mają tą iskierkę, słychać w nich radość z grania muzyki i ta radość nawet trochę mi się udzielała. Ale jest ich kilka. Reszta nadal wydaje mi się nijaka i, szczerze powiedziawszy, dotąd nie kojarzę ich po tytułach, mylę je. Nie chodzi o to, by napisać całą płytę utworów, które może i nie będą złe, ale będą napisane tylko dla samej idei nagrania czegoś, chodzi o to, by każdy kawałek coś sobą reprezentował, dał się wyróżnić, zwracał na siebie uwagę. Dobra płyta to taka, której nie potrafiłbym okroić z więcej jak jednego, maksymalnie dwóch utworów, ponieważ każdy byłby dla mnie w jakiś sposób ważny, każdy podobał mi się z jakiegoś powodu. W przypadku Big Whiskey And The GrooGrux King bez zawahania mogę skrócić płytę o pół godziny i nie żałować żadnego wyrzuconego z playlisty utworu.

Artur: Próbuję znaleźć odpowiedź na pytanie, jak bardzo człowiek jest zamknięty w swoim pudełeczku gustów, poglądów muzycznych. W jakim stopniu przyzwyczajeni jesteście do nazw, marek. Na ile spostrzeganie odmienności, czegoś nowego zniekształcone jest przez to, co znane i pojęte. Może dość znaczny wpływ ma geneza zespołu, głównym odbiorcą jest USA, więc nam, Europejczykom, nie koniecznie musi podobać się konwencja grania rocka na modłę Dave Matthews Band.

Dobrze, bawiąc się w szczególiki, jakie kawałki najbardziej przypadły Wam do gustu, co szczególnego zwróciło Waszą uwagę ?

Callahan: Tak jak już wspominałem, mocny jest początek płyty. A więc wstęp, Shake Me Like A Monkey i Funny The Way It Is – to trio jest zdecydowane, konkretne i mi się podoba. Poza nim podoba mi się także ostatni utwór – wydaje się taki szczery, ciepły… Przemawia do mnie, mimo swojej prostoty.

Grunniens: Gusta ? oczywiście, że człowiek jest zamknięty w swoich gustach. Dodatkowe więzy dokłada tradycja, otoczenie. Jak napisałeś, fakt życia na innym kontynencie może wywierać wpływ na to, czy dane coś się podoba. Nie zwalałbym jednak wszystkiego na to, ponieważ jest mnóstwo muzyków z Ameryki, którzy zawładnęli uszami Europejczyków.  Pisałem wcześniej, że wszystko jest bardzo podobne do siebie, przesączone tym samym klimatem. Większość utworów z tej płyty ma coś ciekawego, coś co może się podobać. Sporo jest przyjemnych refrenów, śpiew wokalisty czasami przykuwa uwagę, ale i wszystko jest takie wyrównane. Ale niech będzie, konkrety:  uważam podobnie jak Callahan, dobry jest początek. Dalej, musiałbym kroić utwory, w stylu: refren z tego, zwrotka z tego, wokal z tego, a że w rzeźnika bawić się nie wypada, to pozostanę przy trzech początkowych kawałkach.

Artur: Krótko i równie standardowo, ale widocznie musi już tak, w wypadku Dave Matthews Band, być. Czy polecacie tę płytę czytelnikom ? Czy wrócicie do niej jeszcze w przyszłości ? Czy Big Whiskey & The Groogrux King zachęciło Was do zapoznania się z przyszłym, a może dotychczasowym dorobkiem zespołu ?

Grunniens: Zapoznawać się raczej nie będę, aż tak mnie dusza nie pcha do poznawania twórczości Dave Matthew Band. Jeśli zaś chodzi o ten konkretny album, to choć nie jestem nim zachwycony, to będę do niego wracał, bo jest to coś, czego się miło słucha. Coś, co nie wybija się z rytmu robienia czegoś innego. Idealna muzyka tła. Nie wymaga uwagi od słuchacza, ba, jest to nawet niewskazane, po prostu rób swoje, a Big Whiskey & The Groogrux King słuchaj obok. Przynajmniej ja tak będę robił. Nie za dużo, nie za często, ale będę.

Callahan: Płytę określiłbym jako “można posłuchać”. Nic nikomu nie ubędzie, może się komuś spodoba. To nie jest zła muzyka, widać, że się twórcy przyłożyli, zrobili to porządnie. To, że mnie nie przekonuje, nie znaczy, że nie może się podobać kilkuset tysiącom słuchaczy. Żadna z tego klasyka ani hit, który wypada znać, ale na listy przebojów trafia, więc ludzie za coś to lubią. Być może wrócę do tych trzech-czterech utworów, lecz wątpię, bym słuchał jeszcze w całości. Zaś poprzednie albumy zespołu mnie kompletnie nie interesują. Big Whiskey & The Groogrux King to niezła płyta, ale nie do mnie adresowana, więc trudno, bym się nią zachwycał.

Odpowiedzi: 5 leave one →
  1. 2009 lipiec 31
    Someone permalink

    recenzja konkretna, mimo iż jako fan DMB nie zgadzam się z nią zupełnie ;)
    znając dorobek zespołu inaczej postrzega się pewne utwory, odczytuje się ukryte powiązania, motywy.

    “w muzyce piosenki Dave Matthews Band odróżniają się od tego, co zazwyczaj leci w radiu, ale niczym nie różnią się od siebie nawzajem.”

    - to odbieram jako żart, ponieważ jest to jednak z najbardziej zróżnicowanych płyt jakie dane było mi słyszeć. z jednej strony mamy konkretny groove w “Shake Me Like A Monkey” czy też rewelacyjny motyw grany przez Danny’ego Barnesa na banjo w “Alligator Pie”, z drugiej natomiast znajdziemy jazzujące intro rozpoczynające cały krążek, delikatną balladę – “Baby Blue” (która to stanowi rozwinięty motyw zaczerpnięty z bardzo osobistej piosenki “Sister”) czy kawałek zagrany na styl Johna Mayera – “You & Me”. warto wspomnieć o zagranym z rozmachem “Squirm” zawierającym brzmienia orkiestrowe.
    także malkontenci mogą zarzucać tej płycie wiele, jednak popatrzcie obiektywnie – album ten jest niesamowicie zróżnicowany.

    “w pamięć zapadł mi tylko pierwszy pełnoprawny utwór Shake Me Like A Monkey, a to i tak wyłącznie dlatego, iż nieodparcie kojarzył mi się z Word Up Korna.”

    nawiasem mówiąc, to w oryginale “Word Up!” wykonuje zespół Cameo.

    polecam wam krążek “Before These Crowded Streets”, czekam na wrażenie i recenzję ;)

  2. 2009 sierpień 2

    Perspektywa zmienia wszystko; fan lubi oczywiście styl swojego idola i ten właśnie styl jest kwintesencją danej muzyki. Ja nie jestem fanem DMB i nie przepadam za tym stylem. Stąd różnica zdań. Nie znam innych płyt tego zespołu i wypowiadam się tylko o tym, co słyszę. A słyszę amerykański styl, który pomimo pomimo zmiany przeszkadzajek w poszczególnych utworach, bardzo mocno przylega do każdej z piosenek. Powiem tak – nie przeczę, że są różnice; mówiąc o tym, że “nie różnią się od siebie” nie miałem na myśli, że każda z nich jest idealną kopią poprzedniej, bo tak nie jest, ale że podczas słuchania tego albumu w całości wszystkie kawałki zlewają się w jedno i ciężko cokolwiek z tego wyłowić. Piosenki zbyt mocno są wymaczane w sosie tego stylu – wszystko wtedy staje się do siebie podobne, a banjo i inne atrakcje tego nie ratują. Jest to tylko moja subiektywna opinia, obiektywny być nie mogę, wszak jestem osobą, o swoich gustach, o swoich doświadczeniach muzycznych, o całej różnej masie rzeczy, które ukształtowały moje zdanie tak, a nie inaczej.
    Oryginalnej wersji “Word Up!” nie słyszałem, kojarzy mi się z wersją Korna, więc o niej napisałem.

  3. 2009 sierpień 3
    Korneliusz permalink

    Rowniez jako fan nie zgadzam sie z taka recenzja.

    “Nie wymaga uwagi od słuchacza”,

    - jak ktos lubi muzyke to w ogole nie akceptuje takiego myslenia

    “pozostanę przy trzech początkowych kawałkach”

    wg mnie fana DMB – najgorszych biorac pod uwage cala plyte ( swiadczy to o niedosluchaniu).

    “W przypadku Big Whiskey And The GrooGrux King bez zawahania mogę skrócić płytę o pół godziny i nie żałować żadnego wyrzuconego z playlisty utworu.”

    to i tak dobrze bo ja z wiekszosci plyt moge wyrzucic z 10 z 12 kawalkow. Tu wyrzuicilbym akurat ze 2.

    Wg mnie panowie sa troszke niedojrzali muzycznie. Mowiac o braku wirtuozerii cchyba za bardzo nie wiedza w czym rzecz,
    Mam wrazenie ze plyta nie zostala przez Was posluchana dokladnie albo nie jest w ogole w Waszym guscie silnie osadzonym w innej muzyce,

  4. 2009 sierpień 3

    Niedojrzali muzycznie, ponieważ posiadamy odmienne zdanie na temat płyty czy może tak, bo to bardzo wygodny “argument” ? Lubię Mozarta, jestem dojrzały muzycznie ? A może chodzi o wiek, ile mamy mieć lat ? 40 ? Na czym polega dojrzałość muzyczna ? Wirtuozeria ? Dla mnie, wielbiciela muzyki, Dave Matthews Band nie spowodował czegoś na wzór “o cholera”, to moje, nasze całkowicie subiektywne odczucia.

    Podoba Ci się Dave Matthews Band ? Nie zgadzasz się z recenzją ? High five! Jednak następnym razem, podaj argumenty.

  5. 2009 sierpień 3

    “Nie wymaga uwagi od słuchacza”,

    - jak ktos lubi muzyke to w ogole nie akceptuje takiego myslenia

    A co to ma do rzeczy? Ja lubię muzykę, i to bardzo. Lubię muzykę klasyczną, lubię muzykę awangardową. Ogólnie taką, w której jest coś, za czym można wodzić nie tylko uchem, ale i myślą. Zwracałem uwagę na DMB, słuchałem co tam się dzieje, co muzycy robią z muzyką – i się nudziłem. Z kolei, gdy nie wysilałem się, by specjalnie się na tym koncentrować, i muzyka leciała sobie w tle – owszem, przyjemne, nawet bardzo – tu jakiś fajny smaczek, tu wpadający w ucho refren, tu to, tam siamto, i ok.

Dodaj komentarz

Note: You can use basic XHTML in your comments. Your email address will never be published.

Subscribe to this comment feed via RSS