Dream Theater – Black Clouds & Silver Linings

23 czerwca tego roku pojawił się najnowszy album nowojorskiej formacji Dream Theater, uznawanej za jeden z najważniejszych zespołów poruszających się w nurcie progresywnego rocka i metalu. Każdy ich kolejny album wypatrywany jest przez tysiące fanów oczekujących muzyki na najwyższym poziomie. Czy Black Clouds & Silver Linings spełnił te oczekiwania? O satysfakcji – bądź jej braku – u fanów mówić nie możemy, nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby porozmawiać, w dzisiejszym wydaniu Re|d|cenzji, na temat poziomu nowego materiału.
Grunniens: Dream Theater wydaje swoje płyty w regularnych, dwuletnich odstępach. Czy jest to wystarczająca ilość czasu na nagranie dobrego krążka, produktu o wysokiej jakości, dokonania kolejnego kroku w rozwoju muzycznym, szczególnie, gdy czas między poszczególnymi albumami jest wypełniony trasą koncertową? Jak jest w tym przypadku – czy przygotowano wartościową i ważną płytę, czy może muzycy powinni byli spędzić więcej czasu w studiu poprawiając niedociągnięcia?
Callahan: Myślę, że te dwa lata, to stanowczo zbyt krótki okres czasu, co słychać na nowym albumie. Płyta nie zaskakuje i, poza kilkoma wyjątkami, nie zachwyca. Nie brakuje za to elementów, które okazują się być kiepsko odgrzanym kotletem usmażonym przy okazji nagrywania ostatnich kilku płyt, bądź wrzucanymi na siłę i bez sensu “nowościami”. Album miażdży brzmieniem i przepychem, wszystkiego na nim pełno, ale panowie z Dream Theater najwyraźniej nie dopilnowali zachowania proporcji pomiędzy ilością, a jakością, więc ta mnogość i wielowarstwowość zamiast zapierać dech w piersiach – dusi i męczy.
Artur: Najważniejszy jest pomysł, czas, zwłaszcza w tym wypadku, ma raczej drugorzędne znaczenie. Wydaje mi się, iż twórcy, artyści tego formatu nie zejdą poniżej pewnego poziomu, oczywiście nie wszystko będzie nosiło znamiona geniuszu, jednak możemy mieć pewność, że nie uraczeni zostaniemy totalnym chłamem. Poprawiać można w nieskończoność, a przecież genialność to kwestia dyskusyjna. Black Clouds & Silver Linings przełomem żadnym nie jest, szczerze mówiąc, jestem zawiedziony. Wygląda na to, iż twórcy pojawili się w studio, nieskutecznie poeksperymentowali, nagrali materiał, i polecieli na kolejne trasy koncertowe.
Callahan: Musimy pamiętać, że dla nich to właśnie koncerty są priorytetem, bo stanowią główny środek dochodu. To dla nas istotne są albumy, bo nie co dzień bywa się na koncercie Dream Theater.
Grunniens: Nie zgodzę się z Arturem – często czas ma bardzo ważne znaczenie, i to szczególnie w wypadku zespołów takich jak Dream Theater, których domeną jest mnogość szczegółów. Wieloczłonowe utwory wymagają więcej uwagi niż utwory krótkie. Kolejną kwestią, która potrzebuje czasu, jest styl muzyki. Oczywiście, nie oczekuję rewolucji, która by diametralnie odmieniła moje wyobrażenie tego zespołu, ale przyznacie przecież, że nie można stać w miejscu i cały czas serwować słuchaczowi tego samo. Mały czas spędzony na komponowaniu muzyki wskazuje na brak szukania drogi do dalszego rozwoju muzyki, a na produkcję nowego materiału na koncerty.
Artur: Masz rację, ale ile należy poświęcić czasu na nagranie dobrej płyty ? Pięć, dziesięć lat ? Nie istnieje żaden wyznacznik, reguła. Jeżeli artysta ma pomysł, tekst, muzykę, a przecież mówimy o Dream Theater, to spokojnie nagra dobrą płytę, nawet w stosunkowo krótkim czasie. Bez określonej koncepcji, można całe życie spędzić w studiu i nic konkretnego nie stworzyć.
Callahan: I dokładnie taka jest ta płyta – nie różni się niczym specjalnym od kompozycji jakie powstawały od czasów Train of Tought, raczej zbiera to wszystko razem. Prezentuje sześć utworów, które bardzo dobrze będzie wyłomotać na scenie, czy, jak w przypadku Wither, pośpiewać z publicznością i nic nie wskazuje na to, by zespół jakoś się rozwijał. Co najwyżej poszedł z prądem nowej mody – dodał blasty i pokusił się o mroczne wokale.
Grunniens: Takie tempo jest zaskakujące, zwłaszcza, gdy się je porówna do innych zespołów. Tool nagrywa wtedy, kiedy cały materiał mają już całkowicie ustalony, a wszystkie drobiazgi dopieszczone i nie spieszą się z wydawaniem kolejnych płyt. Z kolei żywa legenda progrocka – King Crimson przed wejściem do studia musi ustalić, kto tak w ogóle będzie w składzie zespołu. W stosunku do Dream Theater. Nie mówię o zaprzestaniu prac nad kolejnym materiałem, ale o wzięciu oddechu, zrobieniu sobie przerwy od własnej muzyki i własnego hermetycznego stylu, by móc spojrzeć na niego chłodniej i zastanowić się nad tym, jak powinna wyglądać przyszłość zespołu.
Artur: Nie porównywałbym Dream Theater do Toola, to bardzo specyficzny zespół, muzyka ma zgoła odmienne przesłanie, koncepcje. W ogóle jakiekolwiek zestawiania nie mają większego sensu, wszystko zależy od człowieka, tempa pracy, pomysłów.
Callahan: Można nagrać kilka świetnych, równych albumów w krótkich odstępach czasu i są zespoły, którym się to udaje. Sztuka w tym, by wiedzieć, kiedy należy się zatrzymać, pomyśleć nad dalszym rozwojem i podjąć jakieś kroki, jeżeli schematy, z jakich do tej pory korzystałeś, zwyczajnie się zużyły. W moim odczuciu dla Dream Theater ten czas nadszedł po wydaniu Systematic Chaos, które było płytą naprawdę dobrą, lecz nierówną. Teraz wyraźnie już słyszymy zmęczenie materiału, co może oznaczać tylko jedno – potrzebne są zmiany.
Podoba mi się to, jak rozwój swojej kapeli skrupulatnie planuje Mikael Åkerfeldt – wydał kolejną płytę i zatytułował ją Przełom – okazała się być rewolucyjna w kilku względach, ale na pewno nie odmieniła muzyki zespołu, po prostu wniosła wiele nowego. Teraz planuje rok przerwy po zakończeniu trasy z Dream Theater i daje sobie kolejny rok na skompletowanie materiału na następny krążek. To dużo czasu, ale można mieć nadzieję, że nowe dzieło okaże się być świeże i nie powieli dotąd wykorzystywanych schematów. Jeśli powiedziało się już wszystko w danym temacie, należy znaleźć następny, a jeśli nie ma się nic do powiedzenia – milczeć.
Grunniens: Album, podobnie jak ostatnio omawiane przez nas Anno Domini High Definition – Riverside, składa się z kilku bardzo długich utworów. Czy ich poziom jest wyrównany, a wszystkie są jednakowo dobre lub złe czy też może pojawiają się tu piosenki wystające ponad resztę?
Artur: Długość utworów, oczywiście jest to kwestia dyskusyjna, ale nie jestem zwolennikiem tworzenia rozległych kawałków. Męczy to słuchacza, wprowadza niepotrzebny chaos, a Dream Theater ma tendencje do nagrywania dwudziestominutowych kompozycji. Black Clouds & Silver Linings jest nierówny, album stanowi, wypraną z najlepszych elementów, kalkę.
Grunniens: Słuchając najnowszego dzieła Dream Theater czułem wyraźną nierówność, wertepy i koleiny przeszkadzające w spokojnym słuchaniu, co wynikało głownie z braku dopracowania i nowych idei wniesionych do muzyki. Dla przykładu – The Shattered Fortress, ostatnia część alkoholowej suity, ciągnącej się od 6 Degrees Of Inner Turbulence – wywołuje sprzeczne uczucia. Po zakończeniu odsłuchu tej piosenki czułem lekki niesmak, bo wiele miejsc brzmiało tak, jakby panom z Dream Theater nie chciało się wymyślić czegokolwiek nowego, twórczego, więc sięgnęli po fragmenty żywcem wyrwane z wcześniejszych utworów, nie dbając nawet o odpowiednie przejścia. Brakowało mi w tym kawałku świeżości i pomysłu. Świetne jest zakończenie, które zostało wymyślone specjalnie do tej części, świetne są zapożyczenia z poprzednich części suity, o ile są twórczo przetworzone i dobrze brzmiące w nowym miejscu (jak chociażby wstęp), ale co z tego, skoro są otoczone przez fragmenty albo średnie, albo zupełnie nieudane. Podobnie jest z całym albumem, jest ciekawiej, ale liczne “zgrzyty” przeszkadzają w przesłuchiwaniu.
Callahan: Lubię długie, rozbudowane kompozycje, bardzo lubię, kiedy dany utwór składa się z kilku mniejszych połączonych w logiczną całość. Tutaj mamy sytuację, gdzie zespół pozbierał bardzo wiele elementów, motywów i starał się na siłę połączyć je w jedną całość – są momenty, gdzie im się to udało, są też takie, gdzie wszystko to brzmi strasznie niespójnie. Na przykład The Count of Tuscany – można go z łatwością podzielić na dwie części, z których obie są bardzo dobre, ale muzycznie jakoś się ze sobą nie kleją. Wstęp przypomina stare dobre czasy Scenes from a Memory czy Six Degrees…, a potem jest coś zupełnie innego, łącznik zaś nie spełnia swojego zadania – nie klei, a dzieli.
Grunniens: Łącznik jest jedną z nowości wprowadzonych przez Dream Theater. Brzmi to niestety nieprzekonywująco, taki biedny soundscape.
Artur: Zgodzę się, The Count of Tuscany to sztandarowy przykład niepotrzebnego zlepienia dwóch utworów, zwłaszcza, że wyraźnie słyszalna jest granica pomiędzy nimi.
Callahan: Problem w tym, że tekstowo stanowi on całość. I zwłaszcza ta druga część muzycznie do tekstu pasuje. Po prostu połączenie tych “dwóch utworów” zostało źle zrealizowane, za bardzo oddalono je od siebie.

Grunniens: Troska o dopasowanie tekstu do muzyki jest widoczna w całości, problem w tym, że czasami jest ona aż zbyt duża. W drugiej części The Count Of Tuscany nie za bardzo przypadło mi do gustu nasączenie głosu LaBrie patosem, co w połączeniu z jego manierą wokalną doprowadziło do czegoś po trochu groteskowego. Podobna sytuacja jest także w innych miejscach, gdzie albo pojawiają się głosy “dopowiadające” historię – co nie wyszło dobrze, albo gdzie zespół stara się osiągnąć mroczną atmosferę.
Napisaliście obaj, że Black Clouds & Silver Linings jest albumem nierównym i napisaliście także o minusach z tego wynikających. A tak z drugiej strony – które utwory wam się podobały, zachęcały do kolejnych przesłuchań? Jakie miejsca wywołały na was największe wrażenie?
Callahan: W sumie nie ma na tym albumie utworu “bez grzechu”, każdemu mam coś do zarzucenia, ale muszę przyznać, że momentów bardzo dobrych też nie brakuje. Jeśli chodzi o gitarowe sola, to jest ich zauważalnie mniej, niż na ostatnich albumach, ale za to są one w znakomitej większości bardziej dopracowane, krótsze, a więc nie rozdmuchane, jednak piękniejsze. Na wyróżnienie zasługuje na pewno solo z kompletnie jałowego i nijakiego Wither, około trzyminutowe solo kończące The Best of Times, czy niemal wszystkie gitarowe zagrywki z The Count of Tuscany. Poza tym w ucho szybko wpada refren A Rite of Passage, co jest swego rodzaju plusem. Niektóre przejścia pomiędzy zapożyczonymi i nowymi motywami w The Shattered Fortress także pokazują, że Dream Theater “jak chce, to potrafi”. Jeśli miałbym zdecydować który utwór z tego albumu wzbudza najmniej moich wątpliwości, to mimo kiepskiego łącznika, byłby to zapewne The Count of Tuscany. Sporo porządnego prog-metalowego grania, utwór z treścią, przepiękne zakończenie i najmniej wokalnych wpadek.
Artur: Trudno jest wymienić utwory zachęcające do powrotu, prawdę mówiąc, gdybym chciał ponownie zatopić się w klimat Dream Theater, sięgnąłbym po któryś z poprzednich krążków. Największe wrażenie, cóż, może nie jest to najlepszy kawałek na płycie, ale przypadł mi do gustu wspominany wcześniej The Count of Tuscany, podoba mi się całość, nie jest wolny od wad, oczywiście nie miałbym nic przeciwko rozdzieleniu kompozycji na dwie części, ale wpada w ucho i rzecz najważniejsza, nie odnoszę wrażenia, że wszystko to już było.
Callahan: Szkoda tylko, że Black Clouds & Silver Linings będzie mi się mimo wszystko kojarzyć z bublami takimi jak “mroczna” rymowanka w A Nighmare to Remember, początek wokalu w tym utworze z komicznie brzmiącym “niach-niach-niach”, przetworzony głos w ostatniej części alkoholowej suity, wyjątkowo nijaki Wither [którego tekst traktuje zresztą o niemocy twórczej, co już w ogóle nie wymaga komentarza] czy tragicznie brzmiące skrzypce na początku The Best of Times, po których od razu wchodzi ni stąd ni zowąd szybka gitara, co w całości brzmi bardzo niespójnie. Takich wad jest naprawdę wiele.
Grunniens: Dream Theater słynie z tego, że jego członkowie lubią popisywać się swoimi umiejętnościami technicznymi, przez co przeciwnicy tego zespołu zarzucali brak emocji i różnorako pojmowanej „duszy” ich muzyce. Wirtuozeria jest także obecna i na tym albumie, ale jest jej wyraźnie mniej, niż na poprzednich krążkach, o czym zdążył już wspomnieć Callahan. Słyszalny jest brak rywalizacji pomiędzy Petruccim a Rudessem i ich walk na sola, które wpisały się już w charakterystykę zespołu. Mniej jest także zwykłych partii solowych. Czy panowie wyrośli z popisywania się, czy też może stara formuła im się już przejadła? Także i sama gra uległa uproszczeniu, przejścia są mniej karkołomne, a kompozycje skomplikowane. Solówek jest znacznie mniej, ale i są przygotowane z większym pietyzmem. Czy ta zamiana wyszła z korzyścią dla słuchacza i czy jest to dobry pomysł – zrezygnowanie częściowo z elementu, z którego wszak Dream Theater słynął?
Callahan: Jeśli chodzi o sola, to ta zmiana wyszła płycie na dobre, bo dużo przyjemniej jest słuchać dopracowanych, acz krótkich popisów, które posiadają nie tylko dużą dozę wirtuozerii i możliwość zaprezentowania technicznych umiejętności, ale także jakiś ładunek emocjonalny. Jeśli chodzi o uproszczenie przejść, to bywa różnie – niektóre są płynne i nie rażą, inne aż proszą się o coś więcej, bo łączenie motywów wydaje się czasami dość naciągane, sztuczne. Same kompozycje nadal są rozbudowane i wielowątkowe i tutaj muzycy przesadzili, bo ilość nakładających się na siebie warstw, motywów, ozdobników i efektów czasami powoduje powstanie męczącego hałasu, w którym trudno dość do sedna i próżno szukać artystycznej wartości. Momentami muzyka brzmi, jakby członkowie Dream Theater usiedli i po prostu jamowali sobie w najlepsze, jednocześnie starając się przekrzykiwać jeden drugiego i w takiej wersji wrzucili to na płytę. Jeśli słucha się tego głośno, można się szybko zmęczyć, jeśli cicho – przelatują te momenty gdzieś obok i nudzą.
Artur: Zdecydowanie nie, od Dream Theater oczekuję skomplikowania, jednak nie może ono polegać na tworzeniu szybko zlepionych molochów, gdzie słuchacz, mający kontakt z tą formacją, odnosi wrażenie, iż otrzymał okrojoną i bezbarwną kserówkę. Solówki Petrucciego i Rudessa, charakterystyczny, rozpoznawalny element, okrajanie, ograniczanie, zwłaszcza jeżeli mówimy o tego rodzaju gitarzystach, w moim odczuciu, jest błędem. Uproszczenia nie wyszły Black Clouds & Silver Linings na dobre. Pewny jestem, iż nowa forma przypadnie części słuchaczom, fanom do gustu, ale ja chcę powrotu starego, dobrego Dream Theater, pełnego popisów, muzyki, a nie pseudo rewolucyjnych zmian.
Grunniens: Ja z kolei nie jestem pewien, czy był to dobry krok. Można było wytykać znane z poprzednich płyt pojedynki na sola pomiędzy Petruccim a Rudessem, można było mówić, że są pozbawione uczuć i tak dalej, ale słuchało się ich z wielką przyjemnością i uśmiechem na twarzy, szczególnie, że nie brakowało ładnie brzmiących zagrywek, jest więc ich szkoda. Jeśli chodzi o dopracowanie, to z tym też jest różnie. Solo z The Best Of Times jest wyjątkowe, przepięknie zagrane, w sposób niepodobny do Petrucciego, wypełnione rewelacyjnymi fragmentami, ale np. solowa partia gitary na A Nightmare to Remember, jednego z nielicznych (o ile nie jedynego) pojedynku na albumie, nie zachwyca zupełnie niczym, poza prędkością, a ta akurat dla fanów Dream Theater nie jest niczym nowym. Zdecydowanym minusem jest okrojenie partii instrumentalnych, zabawy motywami i muzyką.
Callahan: Ja absolutnie nie chcę powrotu starego dobrego Dream Theater, bo wiem, że nie powróci w takiej formie, w jakiej powstała druga część Metropolis, a wałkowanie tych samych patentów z aktualnym brzmieniem do niczego nie prowadzi. Ja chcę odważnego pójścia do przodu, nowych pomysłów i rozwiązań, odczepienia się wreszcie od przeszłości na tyle, by stanowiła ona jedynie element twórczości, a nie jej trzon i wiele rozgałęzień. Mam nadzieję, że dla zespołu ten album ma być podsumowaniem tego, co dotąd osiągnęli i możemy się przy następnym krążku spodziewać czegoś nowego, świeżego i pokazującego, że formacja nie próżnuje, nie stara się swojego stania w miejscu ukrywać poprzez korzystanie z tego, co się samo pcha w ręce, ale szuka i wypycha swój pociąg na nowe tory. Liczę, że nie będą bać się zdecydowanych, radykalnych zmian, bo trwanie w obecnym stanie to stanowczo zły pomysł.
Artur: Tak, rewolucja jest potrzebna, jednak okrajanie, wyciskanie esencji z Dream Theater, to nie jest dobry kierunek. Nie chcę toru obranego na modłę Black Clouds & Silver Linings, gdzie wywalono duszę, zostawiono zmiany.
Callahan: Już teraz Portnoy chciał skorzystać z growlu w A Nightmare to Remember – najpierw myślał o zaproszeniu do tej jednej partii Akerfeldta, potem zdecydował sam ją wykonać, ale w końcu stwierdził, że growl jest zbyt radykalny dla fanów i stąd mamy idiotyczną rymowankę wykonaną tak, że właściwie nie wiadomo, co autor miał na myśli. Jeśli nadal tak będą bali się o fanów i każda zmiana będzie rozpatrzona pod tym względem, to ja im nie wróżę niczego poza zjadaniem własnego ogona.
Artur: Wspominasz o fanach, ale jeżeli nie będzie fanów, jaki jest sens istnienia zespołu ? Muzyka grana jest dla słuchacza, więc nie można odwrócić się od opinii fanów i stworzyć czegoś, co samego odbiorcę nie będzie interesowało. Rewolucja i zmiany dla samych zmian to nic innego, jak właśnie zjadanie własnego ogona
Grunniens: Najdziwniejsze jest to, że płyta jest w pewnym stopniu radykalnym wyrzeczeniem, okrojenie partii instrumentalnych i zwiększenie wagi warstwy wokalno-tekstowej. A mimo to… brzmi jak stare Dream Theater. Tyle, że nie daje już takiej frajdy. Przez pewien czas zastanawiałem się, czy to coś ze mną jest nie tak, ale nie, posłuchałem starszych albumów – i dalej kopią. Black Clouds & Silver Linings jest wydmuszką, otoczką, pozbawioną tego, co było w tym zespole najlepsze. Doprowadziło to do paradoksalnej sytuacji, w której słychać zarówno zastój, jak i mocne, choć niekoniecznie potrzebne, cięcia.
Callahan: Zjadanie swojego ogona, to stanie w miejscu, odgrzewanie kotletów i prezentowanie w kółko tego samego bez wnoszenia zmian. Black Clouds & Silver Linings jest niezdecydowane – miało iść do przodu, ale na dobrą sprawę nie pokazuje żadnych wyraźnych nowości, a rezygnuje z czegoś, co do tej pory było stałym elementem, ogranicza to. Może zdecydowany krok naprzód nie byłby złym pomysłem? Tak, jak było to powiedziane przy okazji Riverside – zmieniasz się i zmieniają się fani – zyskując – tracisz.
Artur: Tu pojawia się największy problem, piszemy o konieczności zmian, ale paradoksalnie, wolałbym zarzucić Black Clouds & Silver Linings wtórność, niżeli nijakość.
Callahan: Bo z tym albumem na ogół tak jest – coś stara się zmienić, coś zachować, coś poprawić, a coś wyrzucić i na dobrą sprawę w ogóle nie wiadomo o co tym muzykom chodziło. Zbiera dość sporo rzeczy z poprzednich albumów, nie wprowadzając prawie nic nowego, więc na dobrą sprawę jest wtórny. Trudno mówić tu o tym, by którykolwiek utwór był genialny, nie ma więc jakiegoś punktu zaczepienia. Płyta jest nierówna i ta nierówność nie wynika, jak w przypadku poprzedniego albumu, ze zróżnicowanego poziomu kawałków, ale z nierównych utworów, które łączą bardzo dobre fragmenty z rzeczami nieciekawymi i gniotami. Zaś cały zgiełk kompozycji, ich zbytnie rozbudowanie powoduje, że albumowi brakuje konkretnego wyrazu, kierunku.
Grunniens: Podsumowując, jak oceniacie ten album? Komu byście go polecili i czy sami będziecie wracać do Black Clouds & Silver Linings ?
Artur: Krótko, nie poleciłbym Black Clouds & Silver Linings nikomu, chyba, że jedynie w formie przykładu okrojenia muzyki z czegoś, co formowało w niej duszę, energię. Nie twierdzę, że jest to chłam, jednak oczekiwałem czegoś zupełnie innego. Do Dream Theater będę wracał wielokrotnie, ale omijając Black Clouds & Silver Linings szerokim łukiem, jeden znośny kawałek to zdecydowanie za mało.
Callahan: Wątpię, bym wracał do całego albumu, bo nawet świetne solo nie jest w stanie uratować takiej zapchajdziury jaką jest Wither. Jednak do pojedynczych utworów wrócę z pewnością, zwłaszcza do bardzo dobrego The Count of Tuscany. Black Clouds & Silver Linings nie jest albumem złym na tle gatunku i tego, co się w nim dzieje, wiele zespołów może tylko pomarzyć o graniu takiej muzyki. Jednak w kontekście tego, co dotąd prezentował nam Dream Theater jest to album przeciętny, nierówny i niezdecydowany. Zagorzałym fanom prawdopodobnie wystarczy, na koncertach kompozycje też sprawdzą się dobrze, jednak spodziewałem się czegoś więcej i mam nadzieję, że jest to jedynie podsumowanie i chwilowe wstrzymanie przed wyraźnymi zmianami w muzyce zespołu.
Grunniens: Zapewne wrócę kiedyś do tego albumu, ale raczej do pojedynczych utworów niż do całości, bo – jak było wcześniej powiedziane – jest sporo dobrych fragmentów. Jednak z pewnością nie jest to sztandarowe dzieło Dream Theater. Taka chorągiewka z logo już prędzej. Szkoda.


I tak ich lubię. Są jak Małysz – wyskakali swoje i już :)
Ta płyta rządzi. “Count” to moim zdaniem jeden z najlepszych utworów Dreama. Nightmare genialnie pasuje do rozpoczęcia koncertu, o czym miałem się okazje niedawno przekonać. Nie wiem doprawdy co można mieć do początku “The best of times”. Sklejenie skrzypiec i gitary wyszło świetnie! Właściwie tylko “Wither” jest słabszym (jak na DT!) utworem, ale na płycie jest umieszczone w bardzo dobrym miejscu, przez co nie razi.