Marilyn Manson – The High End Of Low

Ruszyło, czymkolwiek będzie. Nowy dział, a właściwie nieco zmodyfikowana forma recenzencka, w której, tym razem redakcyjnie, postaramy się przekazać kilka całkowicie subiektywnych opinii na temat ogólnie pojętej muzyki.
Artur: Pomijając nudne wstępy, na pierwszy ogień wyłoniliśmy kontrowersyjną, skandalizującą, ale i uzdolnioną muzycznie postać, czyli Marilyna Mansona. Powodem wybrania tego artysty była data – 26 maja 2009 roku, kiedy to miała miejsce premiera najnowszego krążka The High End of Low, czyli przedmiotu naszej dzisiejszej rozmowy. Tytułem wstępu, jakie wrażenia, odczucia po pierwszym kontakcie z płytą ?
Callahan: Pierwszy odsłuch nie zniechęcił mnie do płyty. Wprawdzie już za pierwszym razem końcówka krążka wydawała mi się nieco nużąca, jednak ogólnie pan Marilyn Manson zainteresował mnie nowym nagraniem.
Grunniens: Pierwszy kontakt… ja najwyraźniej mam awersję do Mansona i jego maniery wokalnej, bo chociaż pojedyncze utwory słuchało się niekiedy całkiem przyjemnie, to przez całość było mi dość ciężko przebrnąć. Dlatego też po pierwszym, takim najbardziej ogólnym, przesłuchaniu, skupiłem się głównie na kilku najciekawszych piosenkach.
Callahan: Zgadzam się, jeśli chodzi o manierę wokalną – czasami Manson brzmi tak, jakby nie mógł zdecydować, czy chce śpiewać, skrzeczeć czy mówić. I chociaż po jakimś czasie można do tego przywyknąć, to jednak są utwory, w których brak melodii jest wyjątkowo dokuczliwy.
Grunniens: Po części też tak to odbieram, ale uważam, że jest ona raczej świadomym zabiegiem Mansona (w innym wypadku nie brzmiałby w podobny sposób od x lat). Przede wszystkim na korzyść takiego stylu śpiewania przemawia to, że wyróżnia się z tłumu mdłych wokali. Manson na pewno nie jest mdły, ale nie wszystkim przypada do smaku. Mi smakuje, ale jako przystawka, a nie danie główne.
Artur: Faktycznie Manson operuje dość specyficzną barwą, która może stanowić, pomijając zachowanie, element przyciągający fanów. Moim zdaniem, praktycznie każda płyta Marilyna złożona jest z dwóch rodzajów piosenek. Pierwszy określiłbym mianem popularnych, nośnych kawałków, coś w rodzaju Great Big White Word, czy “Rock Is Dead” z Mechanical Animals. Tu nie jest inaczej, mamy Leave A Scar, Devour, czy Arma-Goddamn-Motherfuckin-Geddon. Natomiast druga kategoria, rodzaj, to kawałki rzadko zyskujące uznanie, będące swoistymi zapychaczami, nie zawsze są złe, ale nie stanowią sztandarowej wizytówki formacji.
Callahan: Doszukałbym się na tej płycie jeszcze kilku ciekawych fragmentów – nieco stoner-rockowy Pretty as a Swastika czy dość dziwaczny Wow. Zaskoczyły mnie też nieco delikatniejsze Four Rusted Horses i Running To The Edge Of The World. Szkoda jednak, że poza tymi już wymienionymi reszta zdaje się być jednolita. Płyta jest zdecydowanie za długa. Manson nagrał potwora trwającego 72 minuty i niestety przesadził. Mający stanowić jakieś większe dzieło I Want To Kill You Like They Do In The Movies nudzi się po dwóch-trzech minutach, a tymczasem trwa całe dziewięć. Stanowczo za długo.
Grunniens: I Want To Kill You Like They Do In The Movies (Manson lubi tworzyć irytująco długie tytuły piosenek) to na szczęście jedyny tak długi utwór. Inne, nawet, jeśli nie są zbyt fascynujące, trwają standardowe 3-4 minuty, więc nie męczą aż tak bardzo. W tym przypadku jednak wygląda to tak, że 1/3 I want to kill you… to zwykły kawałek, a potem, przez około 5 minut, Manson raczy nas tłuczonym w kółko motywem. Nudne. Te słowa i partie instrumentalne, które wybijają się z tła, są zazwyczaj takie przez to, że są dość irytujące – koronnymi przykładami tego są dla mnie: partia klawiszy w skądinąd niezłym “Wow” i niektóre teksty, najczęściej obracające się wokół tematyki śmierci, które porażają swoim groteskowym patosem czy mansonowskim natchnieniem. Jednak są wyjątki – tekst Four Rusted Horses, którego tematyka też jest cmentarna, przypadł mi do gustu, podobnie jak akustyczne gitary obecne w tym utworze. Ten utwór z resztą jest moim faworytem na tym albumie. Również sposób podjęcia muzyki w Wow, oczywiście poza tymi nieszczęsnymi klawiszami, zwraca na siebie pozytywną uwagę.
Artur: Krążek jest niezłym molochem, co jednak ma pewne zalety, obszerny materiał pozwala na dokładniejsze zapoznanie się z muzyką. Zachowanie, ciężko jest pominąć ten aspekt twórczości, zwłaszcza w przypadku tego artysty. Kontrowersja, ogół zachowań, czy to wpływa Waszym zdaniem na odbiór ? Fakt, nie każdy podchodzi do muzyki w ten sposób, nie każdy również kojarzy postać samego artysty. Czy głośne, wzbudzające dyskusje, zamieszanie, emocje wypowiedzi, teksty, muzyka to zaleta czy wada ?
Callahan: Nigdy nie interesowałem się zbyt mocno ani samym Mansonem, ani też jego twórczością. Jego zachowanie, skandale w centrum których się pojawiał, prowokacje… wszystko to jakoś nie docierało do mnie. Z muzyką zetknąłem się kilka razy i nigdy nie zachwyciła mnie ona, wręcz wydawała mi się za mało wyrazista. Media i ludzie wokół mnie, którzy znali trochę temat, sprawili, że Manson wydawał mi się być właśnie skandalistą, który nie cofnie się przed niczym, człowiekiem grającym ostrą muzykę, piszącym ostre teksty… A tymczasem, kiedy zacząłem drążyć – posłuchałem nowej płyty, poczytałem trochę o nim samym – zmalał on w moich oczach. Z wielkiego muzyka, artysty, giganta metalu, niemal legendy spadł na poziom nieco skomercjalizowanego i niezbyt ambitnego rockowca. Muszę przyznać, że trochę się rozczarowałem.
Grunniens: Do krążka nie podchodziłem przez pryzmat Mansona, ponieważ są i bardziej kontrowersyjni “artyści” od niego. Najgorsze jest jednak to, że Manson sam podchodzi do swojej twórczości przez swoją kontrowersyjność. Posłuchałem paru wywiadów udzielonych przez MM i wynika z nich jasno, że uznaje siebie za artystę, który przez kontrowersje chce zwrócić uwagę na kwestie przemilczane, tematy tabu i ogólnie sprawy, o których trzeba mówić, a ludzie się boją. Misjonarz otwierania umysłów. Ok, sztuka może łamać konwencje, zasady, tradycje, bo sztuka jest wolna. Tymczasem Manson nie jest wolny, zamyka się szczelnie w swoim wizerunku. Złamał co złamał, był kontrowersyjny… a teraz stał się kolejnym z posągów w muzeum show biznesu. Image, pomysły na “hity”, tematy tekstów piosenek, wszystkie są o tym samym – zamiast wzbogacać, zubażają wartość albumu.
Artur: Otwieranie umysłów to chwalebny, ale i bardzo wygodny sposób na zwrócenie uwagi pokolenia ogarniętego typowym, uniwersalnym i ponadczasowym buntem. Oczywiście w znacznej mierze chodzi o pieniądze, myślę, że każdy zdaje sobie z tego sprawę, Manson nie podbija karty o 6 nad ranem w fabryce butów, ale jest to w jakimś stopniu „normalna” praca. Tylko, czy aby na pewno sama kontrowersyjność jest tylko i wyłącznie jego sprawką ? Dziennikarze, media, fani, odbiorcy pragną takiego artysty. Jest popyt, jest i podaż.
Grunniens: Jest popyt, jest podaż. Manson rozpoczął, media i fani podjęli pałeczkę i tak całość utkwiła w swoim schemacie antychrysta zapowiadającego Arma-goddamn-motherfuckin-geddon. Pocieszna nazwa swoją drogą, więcej w środku nie dało się upchnąć, panie Manson?
Artur: Jeżeli sugerować się wywiadem, to jest to raczej sprzeciw wymierzony w media, wytwórnie promujące “kiczowate kawałki”, a sam Manson był zaskoczony, iż właśnie ten utwór został, notabene przez samą wytwórnię ,wyłoniony na element promujący płytę. Ciekawa rzecz, widocznie można spokojnie pluć sobie w twarz, byleby był z tego zysk.
Callahan: Ja to widzę tak, Manson był kontrowersyjny. Był, jak na czasy w których nagrywał pierwsze płyty, szokował swoim wyglądem, tekstami. Ale to było dawno. Wybił się spośród tych, którzy chcieli szokować, wykorzystał swoją szansę. Potem rozdmuchały to media – te zestawienia z Ozzym Osbournem i najróżniejsze, często sztucznie stworzone skandale… I teraz pan Manson może odcinać od tego kupony, co robi i jak widać cały czas dobrze na tym wychodzi. W muzyce nie szukałem od początku niczego, czym miałbym się zachwycać. Nastawiałem się na muzykę rozrywkową i dość prostą i się nie zawiodłem. Obawiałem się nawet, że przez płytę będzie trudniej przebrnąć, ale znalazło się tam wystarczająco wiele kawałków, których można słuchać i się nie nudzić. Niczym mnie nie zaskoczono – ani brzmieniem, ani wirtuozerią, ani wspaniałymi kompozycjami. Po prostu kolejna płyta nad którą autor solidnie popracował, niezła rzemieślnicza robota. Jednak do mojego pojmowania sztuki wiele temu brakuje. Skłonny bym był stwierdzić, że to, co dostajemy na The High End Of Low to taka nieco lżejsza wersja tego, co znam dobrze ze Slipknota – sporo agresji, niemało złości, trochę obrzydzenia i odrobina smutku. Tyle, że w łagodniejszym sosie. No i cele ataków są trochę inne, więc pewnie i odbiorcy się różnią. Chyba jednak wolę Slipknota – tamci muzycy są młodsi i ich złość wydaje się być bardziej naturalna, na dodatek nie zdążyli jeszcze nagrać tak wiele, by zatrzymać się w miejscu czy się powtarzać.
Artur: Odbiorcy pozostają identyczni, to praktycznie ten sam target. Marilyn szokuje rwąc biblię, czy ubierając się w mundury armii III rzeszy, Slipknot nosząc maski, plując, czy demolując scenę.
Callahan: Nie do końca się zgodzę – do mnie Slipknot trafia dość gładko, zaś Manson już niekoniecznie. Jego wizerunek sceniczny mi nie przeszkadza, staram się oceniać muzykę przede wszystkim, dopiero kiedy w niej nie znajdę tego, czego potrzebuję, zaczynam się zastanawiać co w danym zjawisku widzą fani. Co innego coś lubić, co innego się z tym afiszować, a jeszcze co innego starać się zrobić na takim “drobiazgu” karierę…
Grunniens: Oczywiście, SlipknoT dba o odświeżanie wizerunku, przy każdej płycie zmieniają kombinezony i maski… Według mnie najważniejsze jest to, jak postać kontrowersyjna swoją kontrowersyjność traktuje. Zarówno Manson jak i M. J. Keenan lubią od czasu do czasu się przebrać w kobiece ciuszki, ale między artyzmem jednego, a drugiego rozciąga się przepaść. Skandal i kontrowersja może być dodatkiem, ale jechanie po niej przez cały czas nie rozwija artysty w żadnym kierunku.
Callahan: Mniejsza o to, bardziej interesuje mnie, czego jeszcze możemy się spodziewać ? W najbliższej przyszłości – promocja płyty, więc przyda się jakieś głośne wydarzenie, żeby wypłynąć na wierzch, kiedy sama muzyka już się znudzi [a to, przynajmniej z mojej perspektywy, jest możliwe już w niedługo]. Potem? Kolejny album? Czy ma on nam coś jeszcze do zaoferowania?

Grunniens: Nie spodziewałbym się jakiejś rewolucji. Jak już było wspomniane, ma swój styl, z którego czerpie spore zyski, przyzwyczaił się, jest miło, pewnie nie będzie mu się chciało zmieniać czegoś, co jest dochodowe.Ze strony muzycznej nie spodziewam się niczego nieoczekiwanego, chociaż będzie można tego posłuchać (jeśli już się mam we wróżkę bawić).
Artur: Myślę, że nie dojdzie do jakiegoś rodzaju objawienia i Manson nagle zmieni wizerunek, zachowanie czy sposób odbierania świata. Zbyt długo był formowany, kształtowany, aby nagle przestać być sobą. Odnośnie wyczerpania tematyki, świat nie jest i nigdy nie będzie lepszy, inny, pozbawiony wad, zawsze będzie istniała grupa szukająca wzorca, mocnego, szorstkiego, kogoś kto jest, bądź sprawia wrażenie, iż może zadać, każde, najbardziej niewygodne pytanie.
Callahan: Z jednej strony wydawało by się to dziwne, by podawany w takiej samej formie Manson miał się nigdy nie znudzić, z drugiej – popatrzmy na takie AC/DC czy Iron Maiden – można nagrywać przez dziesięciolecia ciągle taką samą muzykę i wciąż nie tracić na popularności, wciąż zarabiać.
Artur: Problem, moim zdaniem, polega na tym, że AC/DC ma stałe grono fanów które najwyrzej jest uzupełniane, natomiast Marilyn, muzyka oferowanaj przez niego jest podatna na czas, mówiąc prościej, można z niej wyrosnąć. Przechodzi bunt, przechodzi moda i twórczość odchodzi w zapomnienie, więc w końcowym rozliczeniu, kiedy AC/DC wyda kolejną, identyczną płytę, Manson będzie musiał nieźle kombinować, aby znaleźć, zachęcić nową falę odbiorców.
Callahan: Szczerze mówiąc dość sceptycznie podchodzę do szukania wzorców w twórczości MM – idę o zakład, że ogromnej części jego zagorzałych fanów jest obojętne o czym ten facet śpiewa – chodzi o naśladowanie stylu, przesłanie jest nieistotne. Zbuntowanych małolatów też nigdy nie zabraknie. Zwłaszcza tych leniwych, którzy w poszukiwaniu czegoś “innego” sięgną po pierwsze, co wpadnie im w ręce – bardzo prawdopodobne, że będzie to Manson. Zasada trochę inna, ale skutek ten sam.
Artur: Zbuntowani małolaci są wybredni, ich gust jest zmienny i niestały, więc jeżeli nie będą im serwowane nowe prowokacje, to Manson przestanie być obiektem zainteresowań. Dodajmy również fakt, iż zmiana wizerunku, twórczości jest w taki wypadku niebezpieczna, a dzisiaj jakoś mniej widuje się naszywek, koszulek z tym zespołem.
Grunniens: Prawda jest taka, że teraz “młodzi zbuntowani” prędzej sięgną po Behemotha, bo mają fajne tru wdzianka i dużo się o nich mówi, a dopiero ci, którzy odbiją się od tej muzyki, mogą wpaść w szpony pana Marilyna, który łączy kontrowersyjny wizerunek z lżejszą muzyką.
Callahan: Więc może to koniec? Może czas pomyśleć o emeryturze? Albo przerzucić się na heavy metal.
Artur: Człowiek, który żyje wykreowanym wizerunkiem, sceną, nie może przestać, emerytura nie wchodzi w rachubę. Prawdę mówiąc, szkoda by było, muzyka potrzebuje twórców, którzy chcą szokować. Manson jest charakterystycznym artystą, ofiarującym specyficzny, nie zawsze doskonały produkt, jednak czy wrócicie kiedyś do The High End of Low ? Sięgniecie po kolejną płytę tego wykonawcy ? Czy polecilibyście płytę czytelnikowi ?
Grunniens: Nie sięgnąłbym po następną, bo po prostu pewnie bym o niej nawet nie usłyszał. The High End Of Low nie jest niczym odkrywczym, więc do paru utworów zapewne wrócę, ale nie do całego albumu. Nie zaskoczyła, nie olśnił,a ale i nie odrzuciła. Płyta przeciętna, którą można czasami posłuchać, potupać nóżką do paru utworów, zanucić kilka ciekawszych refrenów, a potem wyłączyć, odejść i zapomnieć. Jeśli jesteś fanem Mansona, to i tego albumu wysłuchasz z pewną przyjemnością, pomimo pewnych prób rewolucjonizowania własnej muzyki (spokojniejsze utwory lub te dość nietypowe, jak “wow”), nie ma tu żadnych większych zmian w stosunku do przeszłości. Schody zaczynają się jednak przy nowym wizerunku starego stylu. Słychać wyczerpanie materiału, wytarcie się schematu, zmęczenia – słowem: do hitów pokroju Beatiful People czy The Nobodies jest daleko, mimo, że sposoby i sztuczki pana Mansona się nie zmieniły. Reasumując, jeżeli nie byłeś fanem Mansona, nie staniesz się nim po przesłuchaniu tego albumu.
Callahan: Do całości – prawie na pewno nie. Do niektórych utworów wrócę pewnie, lecz niezbyt często. A jak będzie z kolejną płytą… Może sięgnę po nią z ciekawości, czy gra jeszcze to, co grał, czy przerzuca się na nieśmiertelnego rocka w stylu AC/DC. Tak jak już wspomniał Kuba, płyta trafi do stałego grona odbiorców. Nie polecałbym jej jednak nikomu, uważam, że jest za słaba, by tracić na nią czas, biorąc pod uwagę jak wiele dobrych rzeczy miało już swoją premierę w tym roku [a mamy dopiero czerwiec!]. Niektóre kawałki nadają się pewnie ja jakąś rockotekę, ale MM nie jest dla mnie tak ważnym artystą, by jego nowe “dzieło” “wypadało znać”. Można posłuchać, można sobie darować i nic się nie straci.

Po przeczytaniu wstępu miałam wrażenie, że Kuba i Bartek /wybaczcie, że ujawniam Wasze imiona..^^/ zamienili się poglądami względem tego, co od Panów słyszałam na żywo.
A później.. to już się zakręciliście konkretnie wszystcy trzej. Ogólnie wyszło Wam w porządku^^.
Szkoda tylko, że nje udało mi się jeszcze zdobyć płyty, o której mówicie, więc nje bardzo mam jak się odnieść.. Ale mimo wszystko przeczytałam z przyjemnością, pewnie będzie mi się Wasz /s/twór przypominać za kilka dni, gdy już tę płytę dopadnę.
Całkiem ostrzy jesteście dla pana MM, ale może to i wcale nje jest źle… Choć ja do gościa nic nje mam, kilka kawałków ma naprawdę niezłych. A te gorsze, lub jego skandale… Nje czuję większej potrzeby, by się tym jakoś mocniej emocjonować^^.
Podsumowując, zapomniałam oczywiście co miałam napisać w podsumowaniu. W każdym razie pozdrawiam jesiennie /ale nje chłodno – przeciwnie/, i mam nadzieję że to nje ostatni Wasz /s/Twór.
/i chciałabym poznać Pana Artura, tak baj de łej. o. ^^/
Nic nie stoi na przeszkodzie, aby poznać Pana Artura ;)
Dla mnie to nie wypada napisać, że też bym chciał xD
Nikt nie zna Pana Artura xD Taka tajemnicza postać;]
Jakżem się zmienił poglądowo? Wcześniej mówiłem, że takie sobie, ale ma parę fajnych kawałków, teraz też coś w ten deseń.
Arturze – hAa^^. Pozytywnie.
Bartku – bo chcieć to nje wystarczy^^.
Kubo – no to prowokujesz mnie jeszcze bardziej, bym pana Artura poznała. A Twoją wypowiedź na żywo jakoś inaczej odebrałam niż wstęp w tymże Tworze. Ale to tylko wstęp, napisałam przecież, żeście się później zakręcili. I już dalej niektóre przebłyski miałeś podobne. Ajj.
Nje umiem się wysławiać^.-
Panowie, wasz blog idzie w dobrym kierunku.
Wiem, Free, sam go obrałem ;)
Ale skromność siada ;)
Skromność jest zaletą jedynie przy braku innych zalet :P