Archive – Controlling Crowds

Dużo łatwiej stworzyć coś miałkiego, prostego, nudnego, nijakiego. Nagrać cokolwiek potrafi każdy i wielu czyni to z uporem. Nagrać album dobry jest trudniej, ale i tych jest naprawdę sporo. Stworzyć dzieło o wysokiej wartości, które przetrwa próbę czasu i będzie krokiem naprzód na tle dorobku poprzedników to już sprawa dużo trudniejsza. Lecz przedstawić arcydzieło, kompletne, spełniające warunki potrzebne by zostać ideałem, poruszające duszę, zmuszające do przemyśleń, nie dające o sobie zapomnieć – to udaje się naprawdę rzadko. Kiedy nadchodzi czas by zmierzyć się z tą wybitną muzyką, bo przecież o muzyce tu mowa - opisać ją, ocenić, ubrać w słowa drgania, jakie wywołała ona gdzieś w głębi duszy odbiorcy – chciałoby się zrobić to wyjątkowo, tak, jak na to zasługuje temat rozważań. Jednak piękna nie da się uszczknąć, nie da się pożyczyć i przelać odrobinę skradzionej poezji we własne słowa. Można go za to doświadczyć, otworzyć się na nie i przeżyć, potem zaś powiedzieć, czy było wspaniale.
Nie miałem ogromnych oczekiwań wobec nowej płyty Archive. Posiadałem jedynie mglistą wizję tego, czego odnalezienie na niej sprawiłoby mi radość. Liczyłem, że zespół pogrąży się w progresywnych klimatach, na których pograniczu balansował na dwóch ostatnich albumach. W tej kwestii się zawiodłem.
Ale nie tylko w tej. Posłuchałem płyty raz. Potem kolejny. Dwukrotnie przepłynęła ona gdzieś obok, dając o sobie znać przy singlowym Bullets, tylko ze względu na to, że znałem ten utwór już dużo wcześniej. Po kolejnych odsłuchach płytę oceniłem jako przeciętną – nie złą, lecz zbyt rozwleczoną, na dodatek obciążoną zbędnym balastem w postaci trzech rapowanych kawałków. Coś mnie jednak tknęło i sięgnąłem do tekstów.
Z pomocą słownika ogarnąłem treść i nagle okazało się, że całą moją opinię mogę rozbić w drobny mak. Co zobaczyłem?
Nadchodzi tłum. Tłum jest jednolitą masą, kierowaną instynktem i wyuczonymi odruchami. Jednak gdzieś w tłumie znajduje się twarz, która nie stałą się jeszcze beznamiętną maską. Ktoś spoza tłumu dostrzega ją i wie, że to osoba, którą kocha. Jednak tłum próbuje ją stłamsić, wciągnąć w swój bezmiar, w bezmyślność, w jednolitą masę. On stara się obudzić w niej prawdziwego człowieka. Ona jest bezradna wobec wielkiej siły, widzi swój własny upadek, powoli zrównuje się z tłumem.

Controlling Crowds nie jest bajką, nie jest legendą, nie jest też mitem. Jest to podzielona na trzy części opowieść o współczesności, o tym, czego na co dzień nie dostrzega ludzkie oko. Album jest powolny, spokojny, hipnotyzujący, nie brak w nim przestrzeni, gdyż tylko zatrzymując się i odrywając od otaczającego nas świata możemy uświadomić sobie i zrozumieć jego działanie. Archiwiści nie boją się targania uczuciami odbiorcy, nie lękają się obnażania absurdu i głupoty, jakie wdarły się w ludzkie życie. Śmiało pokazują nam wartości, które zostały niemal zapomniane w pośpiechu i pogoni za rzeczami, które tylko z pozoru mają znaczenie. Stawiają pytanie o rolę miłości – czystego, świętego uczucia, we współczesnym świecie. Niejeden raz próbowano mówić o rzeczach, które muzycy wreszcie ujmują jasno; dosadnie ukazują ludzi winnych swej tragedii, odpowiadających za swój upadek. Pośród ogólnego smutku, rozpaczy, zaplątania w zawiłe aspekty życia we współczesnym świecie, zagubienia w egzystencji w społeczeństwie, które nie wie już, gdzie podział się jego cel i dokąd prowadzi droga, którą podąża, pozostawiają nadzieję. Choć już tak wiele stracono, choć tyle złego już się dokonało, to może jeszcze jest szansa na uratowanie czegoś z zapomnianych ideałów i wartości. Może jeszcze nie jest za późno na bunt przeciw bezlitosnej pogoni, może wszystko da się jeszcze zmienić, może wystarczy zatrzymać się, otworzyć oczy i przeciwstawić się wszystkiemu, co dotąd pchało naprzód.
Teksty wszystkich utworów z albumu to perełki – poruszające, trafiające prosto w sedno, a mimo to wciąż subtelne i piękne. Muzyka czasami wydaje się być tylko tłem dla treści, lecz im dłużej słucha się płyty, im bardziej się w niej zagłębia, tym lepiej można zrozumieć także muzykę. Mimo momentów zdecydowanych, głośnych, na swój sposób ostrych, kompozycje są raczej stonowane, a ich charakter tkwi w szczegółach trudnych do zauważenia przy pierwszych odsłuchach. Dopiero wnikliwe poznanie płyty pozwala cieszyć się jej pięknem w całej krasie. Muzyka jest bardzo mocno podporządkowana tekstowi, więc bez jego przynajmniej ogólnego ogarnięcia trudno ją pojąć.
Z pewnością cieszy fakt, że muzyka brzmi przepięknie i jest bardzo bogata w szczegóły, jednak przy tym wszystkim nie zatraca ona ogromnego ładunku emocji. Wokale, które we wcześniejszych dokonaniach zespołu nie zawsze można było pochwalić, tutaj reprezentują najwyższy poziom. Uzasadniony jest nawet swoisty powrót do korzeni poprzez trzy utwory z pogranicza rapu i recytacji – treści w nich przedstawionych nie dałoby się przekazać w inny sposób zachowując ich charakter. Warto także zauważyć, że w nagraniach uczestniczyło nie tylko siedmiu obecnych członków zespołu, lecz także orkiestra i chór – i to słychać.
Rozszerzona edycja płyty zawiera drugi krążek, na którym znajdziemy cztery utwory i teledysk. Jeśli chodzi o muzykę, to są to miniaturki, które wiążą się z treścią właściwego albumu, lecz pełnią bardziej rolę ciekawostek niż pełnoprawnych kompozycji. Nie reprezentują poziomu muzyki z albumu, ale z pewnością warto się z nimi zapoznać. Kwestia teledysku jest dla mnie nieco zawiła – jestem w stanie zrozumieć nakręcenie go do „radiowej”, krótszej [przez co okaleczonej] wersji Bullets, lecz to, co przedstawia albo jest dla mnie niezrozumiałe, albo nie ma większego związku z treścią utworu, nie mówiąc już o całej płycie. Niemniej trzeba pogodzić się z jego istnieniem i liczyć, że więcej ludzi zachęci, niż zniechęci do zapoznania się z albumem.
Początkowo zespół planował, że album będzie składać się z czterech części. W nasze ręce trafił album trzyczęściowy, ale pomysł na czwartą część nie został porzucony – grupa zapowiada jej wydanie w 2010 roku. Miejmy nadzieję, że te zamiary zostaną zrealizowane.
Controlling Crowds nie jest płytą łatwą. Nie są to melodie do pogwizdywania w kuchni, ani piosenki o miłości. Album wymaga skupienia, kontemplacji, zatopienia się w jego głębi i uważnej obserwacji najdrobniejszych zmian i niuansów. Warto jednak pozwolić by Archive zaabsorbowało całą naszą uwagę, gdyż w zamian przeżyć można coś niespotykanie pięknego.
Czy mamy do czynienia ze wspomnianym na początku muzycznym ideałem, absolutem? Przypuszczam, że nie można jeszcze odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ od premiery minęły dopiero dwa miesiące, a najtrudniejsza próba, jaka czeka każde dzieło, to próba czasu. Niezależnie od jej wyniku, dla mnie Controlling Crowds jest już tym muzycznym ideałem i jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że pozostanie nim na zawsze.

Pierwszy kawałek mnie odrzucił, ale dalsza zawartość jest wprost niesamowita.