Nosowska – Osiecka

Zaczęło się dość prozaicznie – od koncertu, na który Nosowska wraz z zespołem UniSexBlues Band przygotowała kilka utworów z tekstami Osieckiej. Wyszło świetnie, lepiej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Szkoda więc było to tak zostawić, oczywiste stało się więc, że jedynym wyjściem, by te stare-nowe piosenki przetrwały, jest nagranie płyty.
I tak oto pod koniec 2008 roku na półkach sklepów pojawiła się wydana w digipacku szara płyta z wielkim, żółtym N/O na środku okładki. Opakowanie jest zwyczajnie brzydkie, co według mnie jest bardzo ważne – tu nie istotny jest wygląd, tu liczą się teksty i muzyka. Tu nie liczy się wokalistka, a jej głos i to, jak potrafi wykorzystać potencjał tych tekstów i tej muzyki. O tekstach Osieckiej powiedziano już bardzo wiele. Nie wszystko, bo teksty te można odkrywać na nowo i każdy, kto choć trochę zaangażuje się w ich odbiór, zatrzyma na chwilę i pomyśli choćby o kilku wersach, powinien znaleźć tam coś dla siebie, coś osobistego, intymnego, coś prosto z serca, przepełnionego jedyną w swoim rodzaju magią. Skoncentrujmy się więc na interpretacji.
Zaczyna się krótkim prologiem – narastającymi dźwiękami, pozornie kakofonią, w której kryje się echo tego, co dopiero usłyszymy. Od początku jedną z głównych ról gra wibrafon. W pierwszym utworze – Na całych jeziorach Ty – mamy zdecydowane tempo, wyrazistą perkusję i wibrafon. Śpiew Nosowskiej najpierw dość delikatny stopniowo narasta by pod koniec rozkwitnąć w całej pełni. Nie ma niepotrzebnego słodzenia, nie ma ozdobników – Nosowska śpiewa bezpretensjonalnie, zwyczajnie i skromnie. W Nim wstanie dzień strzałem w dziesiątkę okazało się być użycie kastanietów, poza tym całość dopełnia cicho odzywająca się co jakiś czas trąbka. Kokaina oparta na fortepianie i zaśpiewana z chrypką i lekko chwiejnym głosem to kolejny majstersztyk. Refren jest dużo głośniejszy, z trąbką, świetnie kontrastuje z powolnymi, cichymi zwrotkami gdzie głównie tekst buduje klimat. Jeszcze Zima to kolejna zmiana – tutaj główną rolę gra Nosowska i Osiecka – cały akompaniament, jest cichy i minimalistyczny. Uroda wydaje się być najtrudniejsza w odbiorze spośród wszystkich utworów. Fortepian w pierwszej połowie budzi skojarzenia z jazzem, melodia utworu jest skomplikowana, nie brak tu różnych efektów, krótkich wstawek na różnych instrumentach. Kto tam u ciebie jest promieniuje ogromnym smutkiem, jest ponury, wokal „ucieka” gdzieś gdy wokalistka śpiewa wers z tytułu. Warto zwrócić uwagę na gitarę – atonalne zgrzyty potęgują mroczny klimat utworu. Zielono mi to powrót kolorów i tajemniczości. Znów bardzo istotny jest wibrafon. Uciekaj moje serce może budzić kontrowersje – znana z serialu Jan Serce wersja jest smutna, spokojna, zaśpiewana od początku w tym samym stylu. Interpretacja z jaką mamy do czynienia na płycie Nosowskiej bardzo różni się od znanej dotąd. Pierwsza zwrotka zaśpiewana jest a capella [w tle słyszymy tylko ciche uderzenia], po niej zaś robi się głośno. Cała reszta utworu zaśpiewana jest niemal w „knajpianym” stylu – z chrypką i przytupem. Taka wersja bardzo przypadła mi do gustu, gdyż wykonanie Krajewskiego zawsze uważałem za zbyt smętne i przesłodzone, ale zdaję sobie sprawę, że niektórych może ono razić. Po krótkim przerywniku [Jesień na Saskiej] następuje ostatni utwór na płycie – Na kulawej naszej barce. Piękny fortepian, bardzo wolne tempo, ciągłe echa, powolna trąbka… to wszystko składa się na piękną całość, w której można zatonąć. Utwór urywa się nagle, co jest dobrym rozwiązaniem, aczkolwiek myślę, że trochę za wcześnie zostajemy wyrwani z tego piękna, mogło ono trwać choć kilka taktów dłużej.
Cała płyta trwa nie za długo, bo zaledwie 45 minut. Szkoda więc, że nie otrzymaliśmy jeszcze dwóch lub trzech utworów więcej, jednak nie można narzekać, jeśli krążek, która trafia w nasze ręce reprezentuje tak wysoki poziom. Współpraca Nosowskiej z zespołem UniSexBlues Band zaowocowała albumem, który spokojnie można określić jako jeden z najlepszych w ostatnich latach na polskim rynku muzycznym. To prawdziwa muzyczna magia oparta na magii słowa, którą można przeżywać wiele razy zawsze odnajdując w niej coś nowego, zawsze coś pięknego.

Nowy chłopiec do noszenia kawy ? Panie Rolek, wstydziłby się Pan … ;)
Do Nosowskiej jestem nastawiony sceptycznie, jak i do większości kobiet siedzących w muzyce. Efekt zbyt długiego przyglądania się epoce Dodek, Tolek i innych poczwar zapewne. Jeśli jednak wierzyć w powyższe słowo (no to, to wyżej – to nad i pod zdjęciem, no to właśnie), to w sumie można by zakupić sobie płytę, po prostu żeby sprawdzić.
Panie Yama, kawy mi nikt nie nosi, za daleko by było na takie wycieczki ;)
Nosowskiej radzę spróbować, bo jej twórczość z Dodą, czy Tolą ma niewiele wspólnego.
Pierwsze zdanie pominę milczeniem.
A żeńskich wokali osobiście nie lubię i wyjątki od tej reguły mógłbym policzyć na palcach jednej ręki. Nosowska byłaby pierwszym i najszlachetniejszym, dostałby się jej największy palec. :-)
Tak sobie ostatnio pomyślałem, że to smutne za każdym razem utwierdzać się w przekonaniu, że kobiety nie umieją śpiewać, a jeśli nawet umieją, to starają się zrobić wszystko, by to śpiewanie było i tak niestrawne, albo podane w sosie o kolorze i konsystencji wymiocin. To nie szowinizm, to smutne doświadczenia i zbyt wiele rozczarowań.
Przepraszam, ale, że niby jak ? Kobiety nie umieją śpiewać ? Lisa Gerrard, Beth Gibbons, Amy Winehouse, Anja Oyen, Simone White, Julie London, Björk itd. itp. Nie istnieje nic piękniejszego nad kobiecy wokal. Osobiście jest to mój fetysz, więc jeżeli kobiety nie potrafią śpiewać, to ja jestem kobietą.
No dobra, może trochę przesadziłem, albo nie skonkretyzowałem – w rejonach interesujących mnie stylów i gatunków muzycznych wokalistki wg mnie godne uwagi się prawie nie zdarzają. Ambientu praktycznie nie słucham, więc Lisa Gerrard razem z Dead Can Dance to nie moje klimaty [za słabo znam, żeby oceniać - wprawdzie "The Host Of Seraphim" robi wrażenie, ale to jest chyba jedyny ich utwór, który kojarzę po tytule...]. Do Portishead się nigdy nie mogłem przekonać [dlaczego to materiał na inną dyskusję, chociaż raczej nie długą] a Beth Gibbons głos się chwieje, jakby ledwie dała radę śpiewać, przechodzi w szept, piszczy… Jeśli na studyjnych nagraniach tak to brzmi, to boję się myśleć jaka rzeźnia jest na koncertach. Amy Winehouse rzeczywiście ma dość silny głos, ale z kolei barwa, te takie skrzeczenie mnie trochę odpycha [tak, to już jest kwestia indywidualnych upodobań], poza tym samym głosem trudno jest stworzyć dzieło, a w jej muzyce nie widzę nic interesującego. Simone White nie znałem, teraz chwilę posłuchałem fragmentów na last.fm i nawet mnie zainteresowała, więc na razie się nie wypowiadam. Julie London to trochę stare czasy i też za słabo chyba znam, żeby oceniać, ale nigdy mnie jakoś nie porwała [chociaż nieco niższy głos niesie nadzieję braku pisków, to już coś]. A jeśli chodzi o Björk, to na blachę mam wykuty album Selmasongs, ze względu na to, że film Dancer in the Dark uważam za jeden z najlepszych, jaki w życiu widziałem, ale mówiąc szczerze wymienianie jej jako tej “świetnej wokalistki” uważam za pomyłkę. Ona jest może ekscentryczna, inna, oryginalna, ale głosowe możliwości ma znikome. Bardzo chciałem kiedyś się do niej przekonać, ale przebrnięcie choćby przez album Post jest dla mnie trudne. Żeby się przekonać wystarczy posłuchać “I’ve seen it all” [notabene z albumu, który przecież lubię] – czasami po prostu szepcze, głos jej się łamie, jeśli ma wejść z niższego dźwięku na wyższy, to przychodzi jej to z trudem…
Przeglądając własne statystyki na laście odnajduję:
Anne Nurmi – stanowi ona dla mnie tylko dodatek do Lacrimosy i nieźle brzmi w duecie z Tilo, ale jako drugi głos. Utwory śpiewane tylko przez nią to w 90% słabe momenty nawet najlepszych płyt.
Archive – oni zmieniają wokalistki jak rękawiczki, ale na późniejszych płytach jest mniej żeńskich głosów, a są one niezłe, aczkolwiek bez zachwytów.
Hey – o Nosowskiej już pisałem – nie ma ogromnych możliwości, ale potrafi zaśpiewać czysto, tak po prostu, bez popisów i ozdobników, a czasami z świetną chrypką i za to ją bardzo lubię.
Katie Melua – bardzo miły, ciepły głos, czasami jej się łamie i czasami te braki rażą, ale muzyka tutaj też gra wielką rolę i w takim zestawieniu mi się podoba.
Arch Enemy – Angela Gossow growluje, czy to wystarczy za komentarz? ;-)
Maria Peszek – bardziej ją traktuję w kategorii zjawiska i eksperymentu. A na żywo śpiewa tak, że uszy więdną. Wiadomo, że w studiu można wiele podciągnąć…
I się rozpisałem… ;-)
Kwestia gustu, to sprawa całkowicie oczywista. Powiem jedno Glory Box, czy Roads od Beth Gibbons i rozpływam się niczym tabliczka czekolady na walcowni w Nowej Hucie ;) Mnie to kręci niesamowicie.
Te, a Chylińska?
Chylińska również :)