Dido – Life for Rent
Przyznam szczerze, że nie gustuję w tego rodzaju muzyce, oczywiście staram się nie ograniczać tylko do jednego gatunku, czy zespołu. Muzyka, sława opiera się na publice, więc niemożliwe jest osiągnięcie sukcesu, jednocześnie tworząc muzykę, o której słyszeli tylko sąsiedzi, najbliższa rodzina i pies, mówiąc prościej, muzyka popularna ma swoje plusy i minusy, pierwsze to zysk, któremu towarzyszy jakość, druga to zysk, zysk i jeszcze raz, zysk.
Dido, popularna, nieco uzdolniona piosenkarka, moim zdaniem, jest to dość duży plus, zwłaszcza, że popularność i sława nie wynika z zamieszania, czy pozorowanych skandali, a kwintesencji muzyki, czyli umiejętności śpiewania, okraszonej interesującą barwą głosu. Każda kolejna płyta odnosi sukces komercyjny, sprzedaż kopii liczona w milionach, ale nie oznacza to, że ilość kreuje jakość.

“Life for Rent” płyta dość stara, można powiedzieć, że jest to pozycja wyjęta prosto z szafy, cała pokryta kurzem, niemalże skamielina. Pierwszy utwór, musiałem zobaczyć nazwę i odtworzyć ponownie, “White Flag”, jest typowym, nośnym otworem puszczanym w większości stacji, przyjemny wokal, liryczne przesłanie praktycznie nie istniej, jakieś pseudo poetycki bełkot o miłości, podkład dość prosty, ale ma w sobie coś urzekającego. “Stoned”, odrobinę inna konstrukcja, żwawszy rytmicznie, standardowa zawartość, pokuszę się na stwierdzenie, że w jakimś stopniu odpręża i wpada w ucho. Tytułowy utwór “Life for Rent”, monotonia, bliźniaczo podobny do “White Flag”, czy “Don’t Leave Home”, co prawda jest spokojniejszy, ale to ciągle ten sam krój, różniący się materiałem. “Who Makes You Feel”, “See the Sun”, “Do You Have a Little Time ” jestem pozytywnie zaskoczony, wyróżniają się od reszty, przełamując nieznacznie monotonię, zwłaszcza drugi z wymienionych kawałków, który rozdzielony jest dość długą przerwą, interesujący zabieg, pozornie mamy dwa utwory w jednym i nareszcie można zaobserwować odejście od standardowej koncepcji, jednopoziomowego wokalu. Dziwi nieco brak jakichkolwiek oznak, chęci zabawy głosem, wokalem, eksperymentowania, wprowadzeni czego nowego, a przecież pani ta posiada możliwości, które są marnowane i nieodpowiednio wykorzystywane. Pozostałą zawartość, określiłbym mianem zapychacza, nijakie i pozbawione duszy. Dochodzimy do najważniejszej kwestii, o ile pojedyncze kompozycje podczas jednorazowego odsłuchu, jako część większego, różnorodnego zestawu, prezentują się dość znośnie, o tyle, kilkakrotne przesłuchanie całego albumu, przysporzyło mi jedynie ból głowy.
Dido, a właściwie Florian Cloud de Bounevialle Armstrong, zaliczam do kolejnego zmarnowanego talentu, który przynosi zyski i posiada popularność, ale twórczość nie niesie niczego wartościowego, interesującego. Większość jest smętna, bezsensowna, pusta. Jestem całkowicie świadom, iż muzyka popularna, rozrywkowa nie musi łamać barier i rewolucjonizować gatunek, ale dlaczego musi być tak schematyczna i bezbarwna ?
Stanowczo nie polecam, tylko dla zagorzałych wielbicieli i fanów, reszta może ograniczyć się do audycji radiowych, gdzie utwory tej pani, stanowią obowiązkową zawartość ramówki.


całkiem niedawno miałem fazę na ten album. Jest świetny. praktycznie nie przepadam tylko za 1 kawałkiem – Sand in My Shoes, reszta – genialna, na czele z tytułowym kawałkiem. Zupełnie nie zgadzam się z tym artykułem. A Dido wcale nie ma takiego dobrego głosu.
Kwestia gustu i tyle :)