Niemal pół roku temu, recenzując nowowydany wtedy album Archive Controlling Crowds, wspomniałem, że zespół zapowiedział, że to, co od nich otrzymaliśmy, nie jest kompletną całością. Ich koncepcja zakładała dzieło czteroczęściowe, a brakującą na wiosennym wydawnictwie czwartą część mieliśmy otrzymać w roku następnym. Udało się jednak wydać materiał nieco wcześniej, dzięki czemu już od kilku tygodni możemy się cieszyć jedenastoma nowymi utworami od Archive, zamykającymi nieukończone dotąd dzieło.
Po bardzo dokładnym zapoznaniu się z częściami I-III wiedziałem już, czego mogę się spodziewać po ostatniej. Byłem ciekaw, czy zespół utrzyma formę, ale nie obawiałem się szczególnie o to, że wyda coś „na siłę” – od początku mówili, jak wiele mają materiału, nie różnicowali go na właściwy album i odrzuty z sesji, a to, co nie wpasowało się w koncepcję, po prostu dorzucili do pierwszego wydawnictwa jako bonusowe utwory, cztery miniatury, dopracowane i zaprezentowane fanom oddzielnie, na dodatkowym krążku.
Kwestia treści pozostawała zagadką – trzecia część z jednej strony mogła stanowić jakieś zakończenie, ale w gruncie rzeczy nie odbierała zespołowi możliwości kontynuowania całej opowieści i snucia dodatkowych przemyśleń.
Niełatwym zadaniem jest ocena czwartej części jako mniejszej całości. Wprawdzie jest to prawie pięćdziesiąt minut muzyki, ale już sam początek płyty – Pills – wyraźnie pokazuje, że jest to kontynuacja, a nie nowa historia. Muzyka rozbrzmiewa w pierwszej sekundzie bez żadnej zapowiedzi, intra, po prostu zaczyna się tak, jakby trwała już w najlepsze od co najmniej kilku utworów. I płynie nieprzerwanie aż do końca – wszystkie kompozycje łączą się ze sobą.
Materiał utrzymuje poziom reprezentowany przez pierwsze trzy części. Part IV nie różni się znacznie, ale nie jest też powtórką z rozrywki. Maria Q, otwierająca krążek utworem Pills, prezentuje swoje wokalne możliwości w utworze utrzymanym w stylu ostatnich osiągnięć Archive, ale, paradoksalnie, trudnym do porównania z jakimkolwiek konkretnym dotąd wydanym przez zespół utworem. Zaskakiwać może nieco rozbujane, drapieżne Lines, łączące rap z wokalami wyznaczającymi refren. Wybrane na singiel The Empty Bottle porywa płynnością. Remove szybko wpada w ucho dzięki chwytliwej melodii, ale zbrodnią byłoby nie pochwalenie świetnego tła, jakie budują w tym utworze organy Hammonda. The Feeling of Losing Everything to z kolei utwór zahaczający nieco o stylistykę musicalową. Blood in Numbers przyciąga uwagę dziwnym, z pozoru nie pasującym do muzyki wokalem, jednak po kilku kontaktach z płytą nie umiałbym już wyobrazić sobie tej kompozycji z innym brzmieniem. To the End to kolejna niespodzianka – cichy fortepian i spokojny wokal przeradza się tu stopniowo w podniosły, wielogłosowy hymn, co ma zresztą swoje odzwierciedlenie w tekście – płynnie przechodzącym od prozaicznych drobiazgów do głównego przesłania utworu. Dwie miniatury zamykające album – Pictures i Lunar Bender na początku wywołały u mnie zdziwienie – kończą album tak spokojnie, minimalistycznie, bez wielkich fajerwerków, że wręcz pozostawiają niedosyt. Jednak słuchając Controlling Crowds w całości można zauważyć, że to To the End, jako ten patetyczny utwór niosący rozwiązanie sztuki i najważniejsze odpowiedzi, stanowi rzeczywisty finał. Dwa ostatnie utwory pojawiają się po chwili ciszy i pełnią funkcję epilogu – oszczędnego w tekście jak i muzyce, dopełniającego to, co w finale już zostało powiedziane, ostatecznie zamykającego całość.
Tak więc także tekstowo część czwarta jest kontynuacją i zamknięciem. Jeśli komuś wydawało się, że Funeral, kończący trzecią część jest wystarczającym rozwiązaniem, to tutaj nie tylko dowie się nieco więcej, lecz też odnajdzie kilka odpowiedzi, na stawiane przez teksty pytania. Integracja warstwy lirycznej i muzycznej jest chyba jeszcze silniejsza niż w poprzednich tekstach, w dodatku wokaliści w interpretacji swoich partii brzmią naturalnie, szczerze i emocjonalnie, co oczywiście jeszcze bardziej podkreśla wydźwięk każdego utworu.
Właściwie trudno mi wskazać jakikolwiek mankament części czwartej. Wszystko, co zaprezentowało w niej Archive podoba mi się bez zastrzeżeń i wskazać potrafię tylko jeden brak – na jedenaście utworów, tylko w jednym możemy usłyszeć Marię Q. To mało, szczególnie, że na cztery części składające się z dwudziestu czterech kompozycji Maria udziela się tylko w trzech z nich. Pozostaje nam nadzieja, że usłyszymy jej więcej w kolejnych projektach.
Part IV dobrze sprawdza się w słuchaniu oddzielnie, jako mała całość, jednak najlepiej wypada jako element całości stanowionej przez wszystkie cztery części. Controlling Crowds to prawdziwa muzyczna uczta, zaopatrzona w wielki ładunek emocjonalny i dopracowaną treść godną lepszego poznania, interpretacji i przemyślenia. Archive udało się stworzyć dzieło spójne, o równym, wysokim poziomie, na dodatek bogate w szczegóły, ukazujące się uważnemu słuchaczowi stopniowo, w miarę dokładnego zapoznawania się z muzyką. W mojej opinii jest to tegoroczna pozycja obowiązkowa i zarazem muzyka, która ma wszystko, czego potrzeba, by przetrwać każdą próbę czasu.

Podobno pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Pierwsze mgnienie obrazu – twarzy, krajobrazu, abstrakcji – ustala sposób w jaki się będzie oglądało go w przyszłości, pierwszy dotyk określa ponadczasowy kształt, pierwszy kęs mówi nam, czy coś jest dobre, czy pochodzi z McDonalda, a pierwszy zasłyszany dźwięk staje się reprezentantem całej muzyki następującej po nim.
Bzdura oczywiście, choć jest w tym część prawdy, którą żywi się wiele artystów i artystopodobnych maszkar. Zacząć mocno, może ludzie się nie zorientują, że dalej jest gorzej.
Jak to się ma do Hobo Winstona? Jakbym musiał określić jak kojarzy mi się poziom tego albumu, powiedziałbym tak – zaczyna się świetnie, potem jest spadek. Mający wyjątki, bo nie brakuje dobrych piosenek też i poza początkiem albumu, ale jednak spadek. Haczyk tkwi w tym, że tak samo określiłbym ten album parę miesięcy temu, kiedy po raz pierwszy usłyszałem Charliego i od kiedy zacząłem słuchać go nagminnie. Zaczarowany pierwszym wrażeniem?
Wielką sztuką jest nagranie albumu równego, świetnego w każdym calu. Sztuką mniejszą, ale nadal sztuką, jest nagranie takiego albumu, w którym są niziny, wąwozy i depresje, ale które nie tylko nie psują ogólnego wrażenia, a które mimo swej niedoskonałości stanowią przyjemne tło dla swoich piękniejszych braci. Tak jest w przypadku Hobo. Gdy muzyka niczego mi nie mówi, nie sprawdza się zupełnie w moich uszach, to słowa sprawiają, że dana piosenka staje się czymś niespotykanym, czymś co warto przesłuchać. Oprócz tego: aranżacje. Jest to bardzo dopracowany album. Mnóstwo smaczków, które pozostając drugorzędnymi kwestiami nadają piosenkom dodatkowego uroku. Słychać włożoną pracę w to, jak muzyka powinna brzmieć, ale ponad tym cały czas wyraźne są entuzjazm, szczerość i spontaniczność muzyków.
Charlie Winston jest świetnym wokalistą, ma ciekawą barwę głosu, czaruje interpretacją, zachwyca lekkością. Niebanalne podejście do muzyki sprawia, że jest twórcą popowym, którego nie tylko się słyszy, ale i słucha, i to z dużą przyjemnością.
Więc czy jest to magia pierwszego wrażenia? Nie, pierwszy odsłuch nie był niczym szczególnym. Każde kolejne spotkanie z Hobo jest albo tak samo dobre jak poprzednie, albo lepsze.

Mimo stosunkowo krótkiego czasu działania The Mars Volta zdołało już wydać pięć płyt długogrających. Zespół ten został założony w 2001 roku przez Cedrica Bixlera i Omara Rodrigueza, a ich pierwszy album ujrzał światło dzienne dwa lata później i narobił spore zamieszanie w światku muzyki progresywnej. Mowa oczywiście o De-Loused in the Comatorium, na który – jak to już bywa z progresywnym rockiem – składały się różnorodne elementy: odniesienia do jazzu, połamane rytmy i tekst z głębszym sensem. Nie ma jednak co ukrywać – tak można powiedzieć praktycznie o każdym progresywno-rockowym projekcie, każda kolejna gwiazdeczka chodzi po utartym uprzednio szlaku. Dla The Mars Volta udało się jednak uniknąć tego losu, nie jest to zespół wtórny, lecz oryginalny. Dla mnie najważniejszą rzeczą na ich debiucie była energia, żywiołowość, entuzjastyczny chaos (mimo, że płyta ta jest konceptem opowiadającym o tym, że śmierć jest lepsza od życia, to więcej tu właśnie entuzjazmu niż goryczy). czytaj dalej…
Chłód miedzianej klamki przeszył delikatną rączkę małej dziewczynki. Była sama, zupełnie sama. Ryk ulicznej syreny, dźwięk siejący spustoszenie, zakłócało szumiące radio. Pomieszczenie przesiąknięte zapachem starości. Dębowa mozaika, obolała istota, delikatnie skrzypnęła pod dotykiem jej bosych stóp. Półki zdeformowane ciężarem miliardów liter. Potok informacji pożerający plecy Atlasa. Jasne światło zamknięte w ogromnym abażurze. Skórzana walizka, rozdarta niczym paszcza olbrzyma. Porozrzucane ubrania. Szara, wypalona fotografia, chwila uchwycona światłoczułym materiałem, ceremoniał wschodzącego słońca. Obce, niewyraźne postacie, twarze pogrążone w pustym uśmiechu, pojmane w bezruchu, błagalnie próbują przywołać odległe wspomnienia, ostatnie tchnienie życia. Rozbłysk wolności.
Life’s no ordeal if you come to terms,
Reject the system dictating the norms
From dehumanization to arms production,
To hasten this nation towards its destruction,

Röyksopp to norweski duet szkolnych kolegów tworzących szeroko pojętą muzykę elektroniczną. Pierwsze dźwiękowe eksperymenty mają miejsce na początku lat 90, bez większych efektów, pozostając jedynie ciekawostką biograficzną. Przerwa w tworzeniu i ponowne spotkanie, rok 1998, owocuje narodzinami wizji obecnego kształtu zespołu, a rok 2001, debiutem, płytą Melody A.M. Przychylna opinia krytyków, ciepłe przyjęcie przez słuchaczy powoduje, iż krążek trafia na listę “1001 albumów, które musisz usłyszeć przed śmiercią.“. Rosnąca popularność, dalsze pomysły, chęć tworzenia przynosi drugi album, The Understanding, a w roku obecnym, 4 lata później, pierwszą część dylogii, Junior.
Zwrot w stronę singli. Popularna muzyka wielokrotnego użytku, gdzie płyta jest jedynie pudełkiem z utworami, a nie zamkniętą koncepcyjnie całością. Łagodne, nieskomplikowane kompozycje powodują, iż Junior doskonale spełnia rolę niezobowiązującego tła, jednocześnie, dzięki wokalom, jest w stanie przełamać granice dalszego planu, zwracając i utrzymując uwagę słuchacza. Operowanie sprawdzonym sposobem kreowania, zwłaszcza w sytuacji posiadania stałego grona odbiorców, umożliwia wprowadzenie, w granicach narzuconych przez rynek, gatunek, wszak mówimy o muzyce prawie popowej, drobnych eksperymentów, pomysłów. Trzecie wydawnictwo nosi znamiona nowości, świeższego spojrzenia, jest dynamiczniejsze, ale w dalszym ciągu rozpoznamy charakterystyczne elementy, brzmienie Röyksopp. Odwieczna problematyka ilości nowego w nowym. Zabieg typowo wymijający, nie możemy mówić o zastoju, ale nazwanie tego rewolucją byłoby zwykłą przesadą. Nie oczekuję całkowitego odejścia od podstaw, drastycznego przemodelowania, ale drobny retusz, w obliczu deklaracji niesienia rzeczy posiadających pewną wartość, to dość dyskusyjna kwestia.
Najsilniejszym argumentem przemawiającym na korzyść Juniora jest obecność bardzo dobrych, cały czas zaznaczam, iż poruszamy się w sferze muzyki popularnej, wokalistek. Karin Dreijer Andersson z The Knife, w kawałku Tricky Tricky, charakterystyczny, rozpoznawalny wokal, współpracowała już z norwegami przy okazji The Understanding.. Lykke Li w bardzo dobrym Miss It So Much. Anneli Drecker w You Don’t Have a Clue czy Robyn, nazywana norweską Maddoną, w The Girl and the Robot. Każda operuje specyficzną barwą, a w połączeniu z muzyką, tekstem służącym bardziej wyłonieniu, spotęgowaniu samego głosu, wokalu, niżeli strony lirycznej, otrzymamy ciekawą, przyjemną, odprężającą muzykę.
Przyjmując, iż jest to jedynie rozrywkowa strona gatunku, mieszanka prostego chilloutu, trip hopu, downtempo nie powinniśmy doświadczyć uczucia rozczarowania. Nie wszystko musi być rewolucyjne, ambitne, przełomowe, a twórczość Brundtlanda i Berge’a doskonale obrazuje, iż elektronika elektronice nierówna. Zbyt treściwa na obdarzenie mianem zwykłej komercji, zbyt komercyjna, inna w obliczu The Knife, Massive Attack, Bonobo, zbyt płytka w zestawieniu z ikonami pokroju Vangelisa czy Tangerine Dream, gdzie można mówić jedynie o luźnych inspiracjach ze strony norwegów. Balansowanie na granicy podążania za tendencją rynku, a pisaniem dobrych melodii. Słowa nigdy nie zastąpią muzyki.
Przeczytaj, przesłuchaj, wyrób własną opinię.

Mało kto może pochwalić się taką biografią. Należy do anielskiej rasy pochodzącej z Saturna, na który został pewnego razu teleportowany. Persony z nim rozmawiające miały antenki na uszach i oczach, co musiało wyglądać dość ciekawie gdy mrugały. On sam też nie miał ludzkiej formy, człowiek transcedentalny. Rozmawiali, zapewne o wielu rzeczach, ale wspomina później o trzech. Przedstawiciele nieziemskiej rasy powiedzieli mu, że:
- powinien rzucić szkołę
- świat ogarnie chaos (też mi nowina)
- on będzie mówił przez muzykę, a świat będzie słuchał.
Sun Ra – jak widać choćby z powyższego wstępu – jest postacią dość niezwykłą. Po dowiedzeniu się tych rzeczy, uważałem, że jego muzyka będzie równie niezwykła. Kosmiczna, nieziemska, wyłamująca się ze wszelkich ram i reguł. Nieskrępowana i nieograniczona jak wszechświat. Albo skromniej – niespotykana wcześniej, straż przednia sztuki. Tymczasem muzyka tego kosmity nie jest niczym daleko odbiegającym od standardu. Jazz, bardzo przyjemny jazz, ale nadal jazz, i to w dodatku bliższy tradycyjnym jego odmianom niż współczesnym zgrzytom.
Albumu Angels And Demons At Play z ’65 nie przesłuchałem po wielokroć, nie pamiętam co się dzieje w każdej sekundzie, ba! nie pamiętam nawet wszystkich tytułów utworów. W koszyczku muzyki do zrecenzowania tego nie było wcale. Ale co z tego, skoro i tak morał będzie w formie TSORowego motta: tak się prezentuje moje zdanie, ale posłuchajcie i wyróbcie sobie opinię sami. Komentarz mój będzie niedopowiedzeniem, będzie impresją, wrażeniem, uczuciem.
Podoba mi się, że nuty kryjące pod sobą coś więcej niż jazzowe standardy, muzyka, która nie jest tylko muzyką, taką jak ta produkowana w tysiącach egzemplarzy przez tysiące artystów brzmiących tak samo; ona jest jak człowiek, mający ludzką twarz i ludzką skórę, ale który chowa w sobie anioła. I demona, nawiązując do tytułu płyty. Kompozycje są bardzo oszczędne – tło i skromny front – perkusja i motyw, solo, fraza. Zadziwia mnie to, że choć Sun Ra jest pianistą, jego instrument nie jest prowadzący, nie pojawia się nawet bardzo często. Wyraźny jest podział ról, nie ma tu jazzowej anarchii, nie ma tu chaosu. Tło czasem zakrywa to, co powinno być przed nim, niekiedy różne plany rytmiczne idą razem ze sobą, parę razy użyte są środki wykraczające poza normę, ale wszystko to jest w granicach jazzu.
Świetna, relaksująca płyta z kosmicznym posmakiem. Być może od zbyt długiego słuchania mogą wyrosnąć antenki na uszach, a od wpatrywania się w okładkę – na oczach – ale zaryzykuję.
Ahh… byłbym zapomniał. Z płytą zróbcie co uważacie za słuszne.
Najpiękniejszy obraz starego artysty, który z najwyższą wprawą, zaślepiony istotą, zamalowuje najdrobniejsze niedoskonałości, blizny i zniekształcenia. Każde kolejne pociągnięcie pędzla sprawia, iż ciemność przesiąka olchową ramę barwnego płótna. Malarz, niepokorny zdobywca, niczym król miasta Efyra, w nieskończoność poprawia kolejne bruzdy i pęknięcia. Dążąc do ideału, wzoru którego nie dane będzie mu doścignąć, zafascynowany bezsensownością obranego celu, świadom jest, iż praca jego nie może stracić swej początkowej formy, wyrazu jakim jest niedoskonałość.
“Who?” said the sun that melted the ground
“Why?” said the river that refused to run
“Where?” said the thunder without a sound
“Here” said the rider and took up his gun
Łona tworzy ambitny rap, wielokrotnie miałem okazję słyszeć podobnego rodzaju stwierdzenia, a Adam Zieliński porusza proste zagadnienia społeczne, przodując ogólnikowym, popularnym poglądom, zstępując ze ścieżki monotematycznej, prostej muzyki popularnej. Pozorną próbę odejścia od pewnego ogółu nie zawsze należy określać mianem wybitności, zwłaszcza w muzyce, gdzie jest to pojęcie niezwykle abstrakcyjne. Jednooki będzie królem jedynie w krainie całkowitych ślepców.
Czym jest Absurd i Nonsens ? Sprzeciwem, a jednak nikt nie próbuje niczego zmieniać. Widzisz problem i mówisz o nim. Czy przyniesie to jakiekolwiek efekty ? Nie, ale nie chodzi o rezultat. Wykorzystujesz określoną tematykę, aby stworzyć dobry produkt pozwalający pokonać kolejny stopień egzystencji muzycznej. Sprzedać, zarobić, nagrać, przetrwać. Tyczy się to każdego gatunku, wykonawcy, zespołu. Czy to coś złego ? Nie, jeżeli artysta zręcznie połączy talent, przekaz i wewnętrzną chęć tworzenia, nadając całości odpowiednio zrównoważoną formę. Komercyjność, niezależność to tylko słowa. Nie ma najmniejszego znaczenie jak określisz twórczość Łony i Webbera, ważne abyś odnalazł sens w kontakcie z nią, nie odgórnie narzucony, a swój własny, egoistyczny, samolubny, subiektywny powód.
O czym jest Absurd i Nonsens ? Krążek ma dwojaką konstrukcję, humorystyczne, nieco gogolowskie, ujęcie tematyki łagodzi powagę wymowy. Unikanie typowo moralizatorskiego podejścia sprawia, iż nie jest to tylko zbiór przemyśleń, a połączenie dźwięków, słów, rytmu, muzyki, wszak służącej również rozrywce. Nie musisz zagłębiać się w istotę, chociaż nie jest ona trudna w odbiorze, zignorowanie jej nie spowoduje, że pominiesz coś unikatowego. Niekiedy sam sposób przekazu, podkład stworzony przez Webbera, zasługuję na uwagę, chociażby utwór Ą, Ę, gdzie problematyka zatracania poprawności językowej, ujęta została w niekonwencjonalnej postaci, poprzez język komunikatorów internetowych i osób stroniących od używania lewego alta. Leksykon Brockhausa, poruszanie problematyki relacji polsko-niemieckich, z perspektywy historii starego zbioru leksykonów niemieckiego wydawnictwa. 7/4, relacje międzyludzkie, niby nic szczególnego, ale zrozumieniu nadano wartość, wynosi ona 7/4. Gdańsk-Szczecin, scenka rodzajowa sugestywnie opisująca kuriozalne aspekty podróży pociągami, a i samego PKP. Czemu kiosk ? i Miej wątpliwość, krytyka polityki, polityków, ślepego dążenia do zmian, niezależnie od sensowności, potrzeby ich wprowadzania. Panie Mahmudzie i perspektywa dyskusji, przy wódce, o sytuacji politycznej Iranu z prezydentem Mahmudem Ahmadineżadem. Resztę , nie chcąc psuć drobnego zaskoczenia, pozostawiam do odkrycia słuchaczowi. Różnorodność liryczna, brak niepotrzebnych udziwnień, podana w ciekawy, wyzbyty wulgarności sposób to najmocniejsze atuty płyty. Humorystyczna opowieść z dystansem.
Lubię Absurd i Nonsens, fakt, możne on być trywialny, stronniczy, zbyt populistyczny, a jednak zawarty przekaz, słowa brzmią sensownie. Wiedza, iż ktoś zauważył pewne aspekty rzeczywistości, z ogólnej perspektywy, nie ma najmniejszego znaczenia, jednak przyjemnie jest posłuchać ludzi, dla których rozróżnianie barw jest jedną z zalet licznych, kiedy świat widziany przez innych jest monochromatyczny.
My, klienci ogromnego hipermarketu
Podróżując w tempie tylu płytkich chwil na godzinę
Skłonni biec wszędzie, byle tak naprawdę nigdzie nie pójść
Nie posuwamy się do przodu ani o centymetr
The Heliotrope
Przez polanę wewnątrz kręgu poskręcanych pnączy przeleciał wiatr, odbijając się krystalicznym dźwiękiem od stojącego po środku menhiru, potężnego jak tytan, który trzyma na swych barkach ziemię i poczuwszy ożywcze tchnienie zimnego powietrza z ulgą wydycha ze świstem przetrzymywany oddech; potem, za magiczną sprawą wiatru, chmury się przesuwają, odsłaniając słońce, które nasyca swym blaskiem poskręcane łodygi, te podnoszą się i roztaczają świetlistą aurę po całej okolicy, światło zalewa świat aż po horyzont.
Spośród chaszczy wyłania się mężczyzna, powoli obchodzi głaz wodząc po nim palcem, następnie zatrzymuje się i kładzie nań całą dłoń. Pojawia się muzyka, unosi się nad roślinami. Początkowo cicha, potem coraz bardziej słyszalna. Człowiek wygina głowę ku słońcu jak kwiat spragniony światła; kieruje twarz ku słońcu, jakby chciał wchłonąć energię oczyma i rozprowadzić ją po całej duszy, wyciąga dłoń do góry, jakby chciał schwytać gwiazdę palcami, wznosi swój głos w zgodnej harmonii z muzyką pędów.
In the same way as the others.
Z oceanu świetlistej zieleni wyłania się człowiek, jego oblicze lśni, słońce, menhir, podchodzi, dotyka, smakuje. Dokonuje rytuału podobnie jak pierwszy, dołącza swój głos do zastanej harmonii.
In the same way as the others.
Wyłaniają się następni. Słońce. Menhir. Rytuał łodyg. Śpiew wznosi się ku górze. Muzyka. Znika świat. Powoli, czasu jest dużo. Najpierw góry, rzeki, lasy, puszcze, miasta, wsie i osady, tłumy i tłumy opuszczonych, żywi i żywi o martwych duszach, martwi i umierający i ziemia, która ich pochłonie, domy, podłogi i dachy, fundamenty i ściany, okna, to, co wewnątrz i to, co na zewnątrz; giną wszystkie rzeczy w oślepiającym lśnieniu, giną też poskręcane łodygi, ludzie i menhir. Wymiera powietrze, rozkochane w promieniach, rozkochane w słońcu, rozkochane tak samo, jak rozkochane jest wszystko inne. Zostaje tylko Światło i Muzyka, harmonia głosów, zmieniają się słowa i melodia, ale dalej są pod wpływem hipnotyzującego Słońca. Oczy śpiewających wysychają, ślepną, każdy z nich w ten sam sposób, co pozostali.
The Selenotrope
Przez polanę wewnątrz kręgu poskręcanych pnączy przeleciał wiatr, odbijając się krystalicznym dźwiękiem od stojącego po środku menhiru, stojącego ponuro jak trup nabity na pal, który spływa powoli, a jego krew nasiąka w drewno, jego martwe członki poruszają się na wietrze i wtedy, wtedy wygląda prawie jak żywy; potem, za magiczną sprawą pędzącego powietrza, chmury się przesuwają, odsłaniając pełny księżyc, które nasyca swym blaskiem poskręcane łodygi, te podnoszą się i roztaczają swą roślinną woń po całej okolicy, ciemna zieleń zalewa świat aż po horyzont.
Przez chaszcze przedziera się kobieta, jej ramiona krwawią, ubranie wiszące na niej jest podarte. Kolce dotykały także jej twarzy, na policzku widać ciemnoczerwone ślady. Pokonuje szybko przestrzeń, jaka dzieli ją od kamienia, i dotyka go. Czuje jego zimną powierzchnię, przez jej ciało przechodzą dreszcze, wygina głowę do tyłu, poplątane czarne włosy wiszą tuż nad ziemią, wpatruje się w księżyc. Opada na ziemię, a wokół niej zaczyna się budzić muzyka – może zbudziła się wcześniej, ale ona tego nie słyszała, może trwała zawsze, czekając wiecznie na słuchacza, który zostałby porwany prądem tej melodii, tej harmonii, tego rytmu, który zachwyciłby się i dołączył do powstającego dzieła. Kobieta leży na ziemi z podkulonymi nogami i obserwując księżyc zaczyna śpiewać. Jeden niski dźwięk, który powoli rósł i doszedłszy do odpowiedniego poziomu zamilkł.
Poskręcane łodygi zaczęły się wić w stronę polanki. Ziemia zadrżała trzykrotnie.
Siła ziemi wybija leżącą na niej osobę, ta kuca, chwyta się menhiru i znowu rozpoczyna śpiewać. Przerywa, potem zaczyna od nowa. Nierówny śpiew się rozwija, echo powtarza zasłyszany głos, potem ożywia się i śpiewa wraz z kobietą w dwugłosie.
Poskręcane łodygi pełzają po polance. Ziemia zadrżała trzykrotnie.
Osoba śpiewa miotając się między nimi trzema: księżycem, menhirem i roślinami ruszającymi się u jej stóp. Czasem milknie, czasem uderzy w mocniejszy ton, ale powoli muzyka pędów dookoła niej ją przemaga.
Ziemia zadrżała trzykrotnie.
Głos pełen emocji, chłód bliski szaleństwa. Księżyc oświeca ziemię wyplutą z wnętrzności Światła.
Pnącza objęły kobietę, oplątały menhir. Ziemia zadrżała. Trzykrotnie.
Śpiewa.
Głaz pada na ziemię ciągnięty siłą roślin, które następnie szybko go zakrywają.
Muzyka gaśnie.

Zespół, którego najnowsze dokonanie będziemy dzisiaj redcenzować, nie jest znany szerszej publiczności, uważam więc za stosowne podać kilka informacji na jego temat, by czytelnik wiedział co to jest i z czym to się je. Historia Miriodoru zaczęła się dawno temu, już w roku 1980 z inicjatywy dwóch kanadyjskich muzyków: Françoisa Émond oraz Pascala Globensky. Przez pierwsze trzy lata byli duetem, później, od 1983, zespół rozrósł się do sekstetu i w takim składzie nagrany został pierwszy album: Recontres. Do tej pory skład zmieniał się wielokrotnie, a wraz z nim muzyka Miriodoru, chociaż cały czas wyczuwalny był charakterystyczny styl ich muzyki – wielowarstwowy, awangardowy i niekoniecznie poważny. Zespół obraca się w kręgach progresywnego rocka, jazzu, nie stroniąc od innych wpływów, całość zaś jest podana w awangardowym wydaniu, co nie wszystkim może smakować. czytaj dalej…

Cotygodniowe, ponoć, muzyczne retrospekcje amatorów popołudniowego stukania butem w ścianę blokowiska. czytaj dalej…

Dave Matthews Band. Historia kapeli, przyznam, że dość interesująca, rozpoczyna się w 1993 roku, albumem Remember Two Things. Zarejestrowane nagranie występu grupy w The Muse Music Club, zdobywa studenckie listy przebojów emitowane przez rozgłośnie uniwersyteckie w USA. Popularność przyciąga uwagę wytwórni, pozwalając na dalszy rozwój kariery muzyków. Rok 1994 to Under the Table and Dreaming, status poczwórnej platyny, sukces okraszony tragiczną dedykacją pamięci Anny, siostry Dava Matthewsa, zamordowanej przez własnego męża. Niezależnie od wszystkiego, życie mknie dalej. Rok 1996 to Crash i 4 nominacje do nagrody Grammy, w tym zwycięstwo w kategorii Best Rock Vocal Performance. Dotychczasowo zdobyta sława i rozgłos okazały się niczym w porównaniu do roku 1998, kiedy miała miejsce premiera Before These Crowded Streets, trzeciego albumu, do obecnej chwili okrzykniętego przez krytyków mianem najlepszej płyty w dyskografii zespołu. Bardzo dobra sprzedaż krążka w pierwszym tygodniu doprowadziła do zdobycia pierwszego miejsca na liście Billboard 200, najważniejszego, cotygodniowego zestawienia 200 najlepiej sprzedających się albumów w USA. Jeden z najważniejszych wyznaczników popularności poszczególnych wykonawców. Before These Crowded Streets pokonało, królującą na liście przez 16 tygodni, ścieżkę dźwiękową z Titanica, co w obliczu ogólnoświatowej popularności filmu, jest niebagatelnym wyczynem. Machina Dave Matthews Band ruszyła pełną parą… czytaj dalej…
Budząc się rano, oczekuję nadejścia wieczoru, aby na nowo przebudzić się uświadamiając, iż kolejny ranek nie przyniesie niczego, prócz mimowolnej, wyuczonej chęci zmiany. Zamykając oczy, czekam na koniec. Obawiam się pustki, gnieżdżącej w moim umyśle nienawiści do życia. Starzejąc się, zatracam chęć, czymkolwiek by ona nie była, odchodzi, zanika, przemija. Nie dostrzegam już niczego, prócz zmarszczek. Zamykając oczy, widzę ciemność, a przecież w dalszym ciągu jestem tym samym, małym chłopcem zrywającym żółte czereśnie. Siedząc na wątłych gałęziach wspomnień, sięgam ręką do kieszeni wypchanej perspektywą słodkiej chwili życia. Pustka, złudzenie, wieczór. Zasypiam.
Zespołu Green Day przedstawiać nie trzeba. Z pewnością każdy, kto trochę interesuje się muzyką i miał styczność z rockiem bądź punkiem już o nich słyszał. Niełatwo też uchować się przed znajomością choćby tytułowego utworu z ich wydanego pięć lat temu albumu – American Idiot. Na nowy album przyszło nam czekać długo, choć trudno się temu dziwić, bo po tym jak wielkim hitem i sukcesem okazał się być American Idiot, wyjście na rynek z czymś nowym wymagało sporej odwagi i posiadania dobrego pomysłu. Na dodatek panowie z Green Day mieli na głowie inne projekty, jak rock’n’rollowy Foxboro Hot Tubs, pod którego szyldem w 2008 roku wypuścili na rynek płytę Stop Drop and Roll!!! Kiedy już wyszaleli się i nazbierali odpowiednią ilość materiału, zabrali się za nowy krążek i w wyniku tej pracy w maju na sklepowych półkach zagościło ich nowe dzieło – 21st Century Breakdown.
Można się spodziewać, że oczekiwania wobec tej płyty były ogromne – wszyscy po cichu liczyli, że przynajmniej dorówna ona poziomem swojej poprzedniczce, wszyscy mieli też wątpliwości, czy zespół stać na kolejne tak dobre dzieło.
Zanim jeszcze wziąłem się za muzykę, sprawdziłem czasy trwania utworów, w poszukiwaniu długaśnych odpowiedników Homecoming, czy Jesus of Suburbia, które darzę szczególną sympatią. Zawiodłem się, bo najdłuższy utwór na płycie trwa niespełna pięć i pół minuty. Zabrałem się więc za muzykę. Pierwszy kontakt z płytą okazał się być wyjątkowo przyjemny – nieznane utwory nie przeleciały gdzieś obok i nie zmęczyły, tchnęła z nich świeża energia, a niektóre refreny tak zapadały w pamięć, że zaczynałem je nucić pod nosem już przy pojawieniu się ich po raz drugi w danym kawałku. Płyta nie jest krótka, trwa prawie siedemdziesiąt minut, ale nie nuży, słucha się jej z przyjemnością. Spore rozdrobnienie w postaci siedemnastu kompozycji [wstępu nie liczę] także nie denerwuje, ponieważ nie brakuje kontrastów, ciągle coś się dzieje. Spokojne ballady przeplatają się z ostrymi, rockowymi utworami, melodyjne wokale często przerywane są pełnymi werwy okrzykami. Jest wesoło i skocznie, ale smutku, melancholii czy buntowniczej złości także nie brakuje.
Od kiedy słucham piosenek firmowanych logiem Green Day zawsze bawi mnie jak sprytnie komponują swoje utwory. W bardzo wielu kawałkach z poprzednich płyt słyszałem echa różnych klasyków, najczęściej Beatlesów. Czasami nawiązania są wręcz bezczelnie podkreślone jakąś charakterystyczną barwą, niekiedy można je skojarzyć z konkretnymi piosenkami, częściej ma się po prostu przeczucie, że Billie Joe Armstrong słuchał któregoś zespołu bądź albumu dość sporo i się nim zainspirował. Wszystko to owocuje wrażeniem, że wszystkie te melodie już się zna, że gdzieś się je słyszało, choć zwykle próżno szukać gdzie, zwłaszcza, że do plagiatu też jest jeszcze daleko. 21st Century Breakdown nie jest pod tym względem wyjątkiem i też wydaje się być „znajome” już przy pierwszym odsłuchu. Kiedyś by mnie to raziło, teraz jednak mam sporo frajdy z obserwacji, jak Green Day potrafi bawić się muzyką.
Treść albumu utrzymana jest w tonie podobnym do tego na American Idiot, stanowi niemal jego kontynuację. Mamy więc parę młodych ludzi przedstawionych w czasach kryzysu i niemało krytyki odnośnie spraw związanych z polityką, religią, współczesnym społeczeństwem… Można odnieść wrażenie, że przez teksty muzycy starają się zachęcić słuchacza do zainteresowania się choć trochę tym, co dzieje się na świecie, szczególnie jeśli chodzi o politykę. Wszystko jest podane w przystępny sposób, nie brakuje buntowniczych, punkowych tekstów [Know Your Enemy, Peacemaker], a także piosenek typowo o miłości [Last Night On Earth, Restless Heart Syndrome]. Całość jest równa, dobrze poukładana i dopracowana.
W 21st Century Breakdown zakochałem się prawie od początku. American Idiot jest idealną płytą, jedną z moich naprawdę ulubionych i bałem się, że to nowe wydawnictwo nie będzie w stanie mu dorównać. Na łamach jednego z polskich magazynów muzycznych uhonorowano krążek tytułem „płyty miesiąca” i stwierdzono, że przebił on swojego poprzednika. Myślę, że oba wydawnictwa należą do tej kategorii, gdzie stopniowanie na lepsze i gorsze nie ma sensu, dla mnie oba są równie wyśmienite. Green Day po raz drugi stworzył album, na którym idealnie wyważono proporcje pomiędzy pełnymi uczucia melodiami i rockowym przytupem, wpadającymi w ucho motywami i porywającą energią. Przy tym wszystkim nie brakuje niegłupiej treści i świetnego brzmienia. Rewelacyjna muzyka, którą gorąco polecam każdemu.
Liczby, zmieniające się numery, kierunki. Setki twarzy, kolorów, zapachów. Dziecko, rekwizyt przyciśnięty do zwyrodniałej matczynej piersi. Cena, wartość miłości ustalana w biegu. Narkotyczne odurzenie miłosierdziem. Staruszka z wózkiem. Niebieska rączka kontrastująca z czerwono zielonym materiałem tkaniny. Ogromne okulary zawieszone na cienkim łańcuszki. Pogięta gazeta odsłaniająca sekrety niedostępnych, tajemniczych postaci. Modlitwy, zdradzieckie słowa, starość pożerająca umysł. Oddalone, mgliste spojrzenie mężczyzny. Równo podwinięte rękawy bordowej koszuli. Wijąca winorośl wżarta w skórę prawej ręki. Zdeptana ulotka zwiastująca bogactwo, maniąca prostotą. Przyjdź, udowodnij, odbierz.
Stare, tramwajowe drzwi rozwierają się z hukiem.
Żółte światło leniwie odsłania kolejne fragmenty przestrzeni. Postać wyzbyta anonimowości. Brudna, pomarszczona ręka sięga do czeluści pojemnika pełnego lepkiej czerni. Kolorowa puszka. Resztka śmierdzącej cieczy rozbiega się po szarym chodniku. Uderzenie. Aluminium z łatwością ulega brutalnej sile starego buta. Zdeformowany cel, jeden w wielu ciążących kawałków ogromnej, wybrakowanej układanki trafia bo bezdennego worka.
Stare, tramwajowe drzwi zamykają się cicho.
You are not a beautiful and unique snowflake
You are the same decaying organic matter as everything else
We are all part of the same compost heap
We are the all singing, all dancing, crap of the world

Redakcyjna, osobista, tym razem, krótka spowiedź muzyczna podsumowująca miniony tydzień. czytaj dalej…
Stoję, mając lat kilkanaście, w niewielkim pokoju, patrząc na nie zebraną jeszcze pościel, powyginane prześcieradła, bezkresną burzę wspomnień wyzbytych ciepła. Pamiętam jedynie zapach, kolor tkanin, ulotny pozór obecności, marzenia i ciszę. Pożegnanie, zimne ręce osób pełniących rolę życiowych przewodników. Łzy, chłodne krople przerażenia. Słowa powtarzane w nieskończoność, wyuczone regułki potęgujące ból samotności. Dotykając pościeli i ubrań, nie odczuwam nic. Stoję więc, mając lat kilkanaście, niezauważony, pełen żalu, bezwiednie wypalając się od wewnątrz. Ponoć nie wiem czym jest tęsknota, samotność. Jestem jedynie dzieckiem, spowiedź moja pozbawiona jest jakiegokolwiek znaczenia.
a czarna suknia matki szumiała jak Morze Czarne.

Nie, to nie jest kolejny, wywołany masową histerią, tekst o wielkości zmarłego Michaela Jacksona, choć świadom jestem, iż w obecnej chwili, niczym sęp, wżeram się w ciepłe jeszcze mięso padliny. Król muzyki popularnej, nie negując jego wcześniejszych dokonań, ostatnim czasy wolał spędzać czas w swojej rezydencji, beztrosko bawiąc się z dziećmi. Rozrywkowe upodobania Jacksona zwieńczone zostały huczną rozprawą sądową, a przyznać należy, iż ugoda nie jest zbyt oczyszczającym wyrokiem, zwłaszcza w przypadku podobnego rodzaju oskarżeń. Oczywistym jest, iż mogła to być jedynie haniebna próba wyłudzenia odszkodowania, nierozsądnie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, jest okazywać miłości do cudzych dzieci. Z drugiej strony, mówimy o specyficznej postaci, egzystującej, w daleko odbiegającym od realności, świecie, gdzie nieznane jest miejsce przebiegu granicy okazywania uczuć. Dokonania muzyczne, a daleki jestem od przekreślania ikony rewolucjonizującej gatunek, to nie wszystko. Człowiek, niezależnie od uwielbienia, nie powinien być widziany jedynie przez pryzmat muzyki, talentu, sceny. Składając hołd, oceniasz całokształt życia, nie tylko dokonania muzyczne. Białe szaty króla skąpane są w lepkim brudzie.

Redakcyjna, osobista spowiedź muzyczna podsumowująca miniony tydzień. czytaj dalej…

Redakcyjna, osobista spowiedź muzyczna podsumowująca miniony tydzień. czytaj dalej…
Największym błędem, jaki można popełnić podczas słuchania ostatniego krążka brytyjskiej grupy Guapo – Elixirs, jest nastawienie się na konkret. Na zwartą, syntetyczną całość, która odwoływałaby się do świadomości, logiki czy intelektu. Ja popełniłem ten błąd, przez co odbiłem się od tej muzyki na jakiś czas. Podszedłem do Elixirs jak do typowego albumu progrockowego, a dzisiejszy prog, nawet ten zakorzeniony w psychodeli, dociera bezpośrednio do umysłu, który analizuje otrzymane dźwięki i albo z uznaniem przytakuje nad kunsztem muzyków, albo przeciwnie, odwraca się od tego z rozczarowaniem. Wszelkie różnice w tym gatunku są czysto estetyczne – zasada pozostaje ta sama. Szukałem konkretu, próbowałem zrozumieć, wgryźć się w ten album, ale długo były to próby bezskuteczne. Elixirs – to muzyka nie kierująca się do żadnego celu, wręcz odwrotnie – rozpraszająca się na wszystkie strony, nie pozwalając analitykom połączyć jej początek z końcem. Czasami utwory się zatrzymują. Pozostaje tylko cisza, z której powoli wypływa kolejny, inny motyw. Nie ma przyczyn ani skutków.

Skoro więc nie konkret, to co? Nastrój, ale nie taki, jak w post-rocku, gdzie liczy się napięcie, systematycznie budowane przez logicznie rozwijające się standardy. Nastrój proponowany przez Guapo jest specyficzny. Hipnotyczny. Podczas słuchania nie obchodzi cię, czy to początek, środek, czy też koniec utworu. Tu część nie jest wycinkiem całości, część jest całością. Ważną w danej chwili i gęstą od tajemniczej atmosfery. Tu trzeba ograniczyć ingerencje logiki muzycznej i wyzwolić wyobraźnię. Pewnym wyjątkiem jest The Planks, który jest krótki, zwarty i melodyjny, nasycony średniowiecznym klimatem.
Elixirs jest dziełem głównie instrumentalnym. Wokale pojawiają się w dwóch utworach, będących różnymi ujęciami tego samego motywu. Głosy są tam przyciszone, schowane w tle, a mimo to – przykuwają uwagę. Ogólnie ta muzyka unika gąszczu partii instrumentalnych, przeciwstawia im przestrzeń, niezbędną do kreowania własnej wizji. Kilka instrumentów. Bez zbytecznego efekciarstwa i bez pośpiechu.
Wypij eliksiry i poddaj się nastrojowi.
Biały kanister z kilkudziesięcioma litrami benzyny znajdujący się w bagażniku błękitnego Austina A95 Saloon z 1965 roku opuścił teren buddyjskiego klasztoru Huế, położonego w prowincji Thừa Thiên-Huế. Przemierzając oszpecone, przepełnione bezwzględnością i cierpieniem ludzkim dzielnice, dodarł na zatłoczone ulice Sajgonu, stolicy ówczesnej Republiki Wietnamu. Wyżęty z zawartości, nieświadom odegranej roli, kawałek bezdusznego plastiku.
Pozbawiony znaczenia płacz ogarniający tłum. Benzyna wsiąka w szafranowy materiał szat podrażniając skórę i oczy mnicha. Pozbawiony znaczenia protest przeciwko represjom buddyzmu przez katolicki rząd Ngo Dinh Diema. Płomienie pochłaniają wątłe ciało zdesperowanego człowieka. Pozbawiona znaczenia ignorancja ze strony władz. Mdlący zapach spopielanego istnienia ludzkiego unosi się w powietrzu. Pozbawiona znaczenia pamięć. 16802 dni.

Dużo łatwiej stworzyć coś miałkiego, prostego, nudnego, nijakiego. Nagrać cokolwiek potrafi każdy i wielu czyni to z uporem. Nagrać album dobry jest trudniej, ale i tych jest naprawdę sporo. Stworzyć dzieło o wysokiej wartości, które przetrwa próbę czasu i będzie krokiem naprzód na tle dorobku poprzedników to już sprawa dużo trudniejsza. Lecz przedstawić arcydzieło, kompletne, spełniające warunki potrzebne by zostać ideałem, poruszające duszę, zmuszające do przemyśleń, nie dające o sobie zapomnieć – to udaje się naprawdę rzadko. Kiedy nadchodzi czas by zmierzyć się z tą wybitną muzyką, bo przecież o muzyce tu mowa - opisać ją, ocenić, ubrać w słowa drgania, jakie wywołała ona gdzieś w głębi duszy odbiorcy – chciałoby się zrobić to wyjątkowo, tak, jak na to zasługuje temat rozważań. Jednak piękna nie da się uszczknąć, nie da się pożyczyć i przelać odrobinę skradzionej poezji we własne słowa. Można go za to doświadczyć, otworzyć się na nie i przeżyć, potem zaś powiedzieć, czy było wspaniale.
Nie miałem ogromnych oczekiwań wobec nowej płyty Archive. Posiadałem jedynie mglistą wizję tego, czego odnalezienie na niej sprawiłoby mi radość. Liczyłem, że zespół pogrąży się w progresywnych klimatach, na których pograniczu balansował na dwóch ostatnich albumach. W tej kwestii się zawiodłem.
Ale nie tylko w tej. Posłuchałem płyty raz. Potem kolejny. Dwukrotnie przepłynęła ona gdzieś obok, dając o sobie znać przy singlowym Bullets, tylko ze względu na to, że znałem ten utwór już dużo wcześniej. Po kolejnych odsłuchach płytę oceniłem jako przeciętną – nie złą, lecz zbyt rozwleczoną, na dodatek obciążoną zbędnym balastem w postaci trzech rapowanych kawałków. Coś mnie jednak tknęło i sięgnąłem do tekstów.
Z pomocą słownika ogarnąłem treść i nagle okazało się, że całą moją opinię mogę rozbić w drobny mak. Co zobaczyłem?
Nadchodzi tłum. Tłum jest jednolitą masą, kierowaną instynktem i wyuczonymi odruchami. Jednak gdzieś w tłumie znajduje się twarz, która nie stałą się jeszcze beznamiętną maską. Ktoś spoza tłumu dostrzega ją i wie, że to osoba, którą kocha. Jednak tłum próbuje ją stłamsić, wciągnąć w swój bezmiar, w bezmyślność, w jednolitą masę. On stara się obudzić w niej prawdziwego człowieka. Ona jest bezradna wobec wielkiej siły, widzi swój własny upadek, powoli zrównuje się z tłumem.

Controlling Crowds nie jest bajką, nie jest legendą, nie jest też mitem. Jest to podzielona na trzy części opowieść o współczesności, o tym, czego na co dzień nie dostrzega ludzkie oko. Album jest powolny, spokojny, hipnotyzujący, nie brak w nim przestrzeni, gdyż tylko zatrzymując się i odrywając od otaczającego nas świata możemy uświadomić sobie i zrozumieć jego działanie. Archiwiści nie boją się targania uczuciami odbiorcy, nie lękają się obnażania absurdu i głupoty, jakie wdarły się w ludzkie życie. Śmiało pokazują nam wartości, które zostały niemal zapomniane w pośpiechu i pogoni za rzeczami, które tylko z pozoru mają znaczenie. Stawiają pytanie o rolę miłości – czystego, świętego uczucia, we współczesnym świecie. Niejeden raz próbowano mówić o rzeczach, które muzycy wreszcie ujmują jasno; dosadnie ukazują ludzi winnych swej tragedii, odpowiadających za swój upadek. Pośród ogólnego smutku, rozpaczy, zaplątania w zawiłe aspekty życia we współczesnym świecie, zagubienia w egzystencji w społeczeństwie, które nie wie już, gdzie podział się jego cel i dokąd prowadzi droga, którą podąża, pozostawiają nadzieję. Choć już tak wiele stracono, choć tyle złego już się dokonało, to może jeszcze jest szansa na uratowanie czegoś z zapomnianych ideałów i wartości. Może jeszcze nie jest za późno na bunt przeciw bezlitosnej pogoni, może wszystko da się jeszcze zmienić, może wystarczy zatrzymać się, otworzyć oczy i przeciwstawić się wszystkiemu, co dotąd pchało naprzód.
Teksty wszystkich utworów z albumu to perełki – poruszające, trafiające prosto w sedno, a mimo to wciąż subtelne i piękne. Muzyka czasami wydaje się być tylko tłem dla treści, lecz im dłużej słucha się płyty, im bardziej się w niej zagłębia, tym lepiej można zrozumieć także muzykę. Mimo momentów zdecydowanych, głośnych, na swój sposób ostrych, kompozycje są raczej stonowane, a ich charakter tkwi w szczegółach trudnych do zauważenia przy pierwszych odsłuchach. Dopiero wnikliwe poznanie płyty pozwala cieszyć się jej pięknem w całej krasie. Muzyka jest bardzo mocno podporządkowana tekstowi, więc bez jego przynajmniej ogólnego ogarnięcia trudno ją pojąć.
Z pewnością cieszy fakt, że muzyka brzmi przepięknie i jest bardzo bogata w szczegóły, jednak przy tym wszystkim nie zatraca ona ogromnego ładunku emocji. Wokale, które we wcześniejszych dokonaniach zespołu nie zawsze można było pochwalić, tutaj reprezentują najwyższy poziom. Uzasadniony jest nawet swoisty powrót do korzeni poprzez trzy utwory z pogranicza rapu i recytacji – treści w nich przedstawionych nie dałoby się przekazać w inny sposób zachowując ich charakter. Warto także zauważyć, że w nagraniach uczestniczyło nie tylko siedmiu obecnych członków zespołu, lecz także orkiestra i chór – i to słychać.
Rozszerzona edycja płyty zawiera drugi krążek, na którym znajdziemy cztery utwory i teledysk. Jeśli chodzi o muzykę, to są to miniaturki, które wiążą się z treścią właściwego albumu, lecz pełnią bardziej rolę ciekawostek niż pełnoprawnych kompozycji. Nie reprezentują poziomu muzyki z albumu, ale z pewnością warto się z nimi zapoznać. Kwestia teledysku jest dla mnie nieco zawiła – jestem w stanie zrozumieć nakręcenie go do „radiowej”, krótszej [przez co okaleczonej] wersji Bullets, lecz to, co przedstawia albo jest dla mnie niezrozumiałe, albo nie ma większego związku z treścią utworu, nie mówiąc już o całej płycie. Niemniej trzeba pogodzić się z jego istnieniem i liczyć, że więcej ludzi zachęci, niż zniechęci do zapoznania się z albumem.
Początkowo zespół planował, że album będzie składać się z czterech części. W nasze ręce trafił album trzyczęściowy, ale pomysł na czwartą część nie został porzucony – grupa zapowiada jej wydanie w 2010 roku. Miejmy nadzieję, że te zamiary zostaną zrealizowane.
Controlling Crowds nie jest płytą łatwą. Nie są to melodie do pogwizdywania w kuchni, ani piosenki o miłości. Album wymaga skupienia, kontemplacji, zatopienia się w jego głębi i uważnej obserwacji najdrobniejszych zmian i niuansów. Warto jednak pozwolić by Archive zaabsorbowało całą naszą uwagę, gdyż w zamian przeżyć można coś niespotykanie pięknego.
Czy mamy do czynienia ze wspomnianym na początku muzycznym ideałem, absolutem? Przypuszczam, że nie można jeszcze odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ od premiery minęły dopiero dwa miesiące, a najtrudniejsza próba, jaka czeka każde dzieło, to próba czasu. Niezależnie od jej wyniku, dla mnie Controlling Crowds jest już tym muzycznym ideałem i jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że pozostanie nim na zawsze.

Kilka słów. Staram się sięgnąć po coś niekonwencjonalnego, szokującego, czy zwyczajnie mieszczącego w ogólnej formie recenzji. Próbuję wprowadzić do tekstu elementy oryginalności, spełnić wymogi, niestety, owy wysiłek jest niedostrzegalny, czytelnik najprawdopodobniej trafił tu przez przypadek, nie interesują go wywody, słowa i przesłania. Mógłbym zacząć standardowo, ale przecież już posiadam wstęp, zakładając, iż jest on całkowicie zbędny, przekreśliłem potrzebę tworzenia jakiegokolwiek początku. Mógłbym opisać poszczególne utwory, wprowadzić porównania, sięgnąć po definicje, jednakowoż nie dostrzegam w owych zabiegach najmniejszego sensu. Bezuczuciowa relacja, twór bezwartościowy, obiektywny nie jest i nigdy nie był moim celem. Martwi mnie jedynie wymiar, przez moment skłonny jestem przysiąc, iż odczuwam pewnego rodzaju trwogę. Długość, kogo obchodzi długość, to jarmarczna sztuczka, najważniejsza jest technika.

Maria Peszek, kobieta która lubi „to i tamto”, a może są to jedynie słowa piosenki, kolejna próba wywołania skandalu, zainteresowania, zwrócenie uwagi. Niczym niespodziewane, mocne uderzenie skórzaną rękawiczką w spoconą i zaczerwienioną twarz spleśniałych poglądów społeczeństwa. Zmieniły się sposoby, sens pozostał, nic nie umknęło. Mokrość pościeli, bielizny, śluz, mnogość partnerów, wzwody, piersi, stosunki. Powiedziałbym, iż jest to bezwstydne, obrzydliwe, ohydne, natrętne, nieciekawe, wtórne. Peszek sprzedaje swoją osobowość, wywraca wnętrzności, dotyka intymnej strony każdego człowieka. Znikoma rewolucja, brak przełomowości, a jednak sposób poruszania, pieszczenia tematyki, rzeczy zdawałaby się nietykalnej, przekracza granice zaściankowości, anonimowości. Gorzkawa prostota tekstu, powierzchowność, kuriozalność i słodki, subtelny wokal doprawiony najróżniejszą mieszanką dźwięków. Piękna, pierwotna, porywcza, beztroska, brutalna, a jednocześnie delikatna przyjemność. Każdy bywalec „Marii Awarii” powinien skosztować kobiecości Peszkówny, kawałek po kawałku, kropla po kropli.
A ja dla własnej wygody
zapuszczam swe ogrody
i kolekcjonuje wzwody
ja, metr pięćdziesiąt dwa
dziko rosnącego niebaLubię skóry mojej smak
i fakt, że zawsze jestem na tak
i lubię też, w moich ustach słowo “fuck”
Pęknięcie.
Niewidoczne i Niesłyszalne. Mikroskopijna rysa na tafli Świata. Dźwięki nieistniejące za ścianą Ciszy. Dźwięki nieistniejące za ścianą Szumu.
Drobinka rozwija się, sprawiając Pęknięcie istniejącym. Pojawiają się pierwsze odnogi głównej rysy. Które są drobne jak pajęcze nici. Początkowe koryto Pęknięcia się pogłębia, rozszerza i uwyraźnia. Linia grubieje, przecina Świat. Delikatne odnogi, drobne jak pajęcze nici, płyną i zalewają swoje terytoria. Rozszczepiają się na setki pomniejszych. Te z kolei dekonstruują dalszą przestrzeń, dzielą i opasują Świat krótkimi odcinkami dysharmonii.
Pęknięcie potężnieje Zauważalnie. Siatka pęknięć na całej powierzchni Dźwięku. Brzmi, odbija się echem od wypukłych powierzchni. Muzyczny gabinet luster, z których każde odbicie przetwarza i odmienia źródło. Zarysowuje je. A gdy Całość jest już poddana wytrwałym zabiegom Pęknięcia, gdy Całość już pokryta jest bliznami rys, gdy Całość przestaje być Całością, a staje się skupiskiem Fragmentów, wtedy, nie znajdując kontynuacji, Pęka.
Okruchy padają.
By powodować kolejne Pęknięcia i Kruszyć kolejne Całości.
Pewien nieodłączny element każdego życia, choć określenie “element” jest nazbyt proste, chłodne, obce. Pewien przyjaciel, dodam, iż bardzo bliski przyjaciel, szeptem opowiada znajome historie. Posiada on wiele rozmaitych imion, nazw czy określeń, w obecnej chwili, przedstawiam go jako זמן, a raczeni jesteśmy jego nieodłącznym towarzystwem od samego początku. Niemy świadek naszych narodzin, odcięcia pępowiny, pierwszego wdechu, kroków, pocałunku, razem odczuwaliśmy piękno dotyku, miłości, bólu. Był przy nas, kiedy płakaliśmy, śmialiśmy, poznawaliśmy świat. Uczestniczył we wszelakich wydarzeniach z naszego życia, sukcesach, porażkach, radościach, i smutkach. Pozostanie w momencie, kiedy opuszczą nas wszyscy, w największym zwątpieniu, niezależnie od popełnionych czynów, grzechów. Zawsze powraca, choć nigdy nie odchodzi, a jego objęcia przenoszą ulgę, trudną do zaakceptowania, jednak pozwalającą zrozumieć. Pomimo ciągłej obecności, nie łagodzi on poczucia osamotnienia. Obojętny wobec osądów, decyzji, lecz nigdy nie pozwala na ich cofnięcie. To oprawca, ironicznie spoglądający w stronę ofiary, snując opowieści, wyniszcza, pozbawia sił, zabiera każdy oddech, ruch, przebłysk zrozumienia, ostatnią chwilę życia. Zabiera wszystko czym zostałeś obdarowany, pozwalając dołączyć do setek innych, stać się częścią wszechświata, pyłem, nicością, ciszą…
Everything, everything, everything, everything..
In its right place
In its right place
In its right place
Right place
Uczucie bezradności towarzyszy mi od samego początku, wyrzuty sumienia, cholerne poczucie krzywdy jaką wyrządzam przy każdorazowej walce z kształtowaniem mglistej materii. Bezradność odbiorcy pozbawionego możliwości oddania emocji. Odpowiedzialność ciążąca za każde napisane słowo. Wszystko to nie ma znaczenia, a jednak uczestniczę w procesie osądu. Niszczycielski wyrok pochłaniający delikatną istotę. Neutralność, lecz czym jest neutralność w obliczu subiektywnego przekazu ? Potworność, potwarz, blizna, niegorąca się rana. Próby, podejścia, konwencje, formy. Długie zdania stające się niczym w obliczu daremnej próby uchwycenia słowem piękna dźwięku, chwili, odczucia. Czysta abstrakcja, a jednocześnie harmonijnie ułożona całość.
Naiwny jest ten, kto próbuje pisać o muzyce.
You are my angel
Come from way aboveTo love you, love you, love you …

Kreatywność, zwłaszcza w sztuce, jest cechą niezwykle pożądaną, nawiązuje ona swoistą symbiozę pomiędzy twórcą, a odbiorcą. Przełamywanie pewnych barier, standardów niesie ze sobą niewątpliwe zalety, ale również i szereg wad. Umiar powinien stanowić podstawę każdej próbie kształtowania oryginalnego tworu, pogrążając się w zbytnią nowatorskość, możemy nie dostrzec granicy wyznaczającej zrozumienie przesłania. Sedno problemu polega na tym, że Debiut jest zwyczajnie pusty, wyblakły, przeżuty.
Czesław Śpiewa kreowany jest jako wydarzenie niesamowite, niespotykane, oryginalne. Włóczące się przez cały szereg gatunków, nawiązań, zaczynając od tanga, alternatywy, folku, kabaretu, na punku kończąc. Platynowe płyty, nagrody, zachwyty nie mające końca, a artysta śpiewa, wokalem małego dziecka, o żabkach w betonie, cukierkach, wesołym miasteczku i wsadzaniu w oko łokcia. Zjawiskowość oparta na niczym. Liryka, tekst, a właściwie niby wiersze napisane przez Michała Zabłockiego i użytkowników pewnego portalu internetowego, ocierają się wręcz o idiotyzm. Grafomania nie mająca końca. Istny policzek dla słuchacza oczekującego jakiegokolwiek przesłania, zawartości, czegoś ponad śpiewania dla samego śpiewania. Kuriozum sytuacji polega na tym, iż jedyna cecha odróżniająca Czesława Mozila od Dody, czy innego wyziewu polskiej sceny popowej, to rzadka jak dzisiejsze czasy warstwa muzyczna. Saksofon, mandolina, waltornia, kontrabas, czy inne instrumenty tworzą piękną całość. Klimatyczny podkład potrafi przesłonić nawet kakofonicznego Czesława, gdyby Debiut zawierał tylko muzykę instrumentalną, byłaby to pozycja obowiązkowa dla każdego.
Ciemny lud kupi wszystko, wystarczy stworzyć pozory niezależnej twórczości. Mozil jest jak modne buty, sezonowy szał, znaczek na kopercie, jutro odejdzie w zapomnienie, przyjdą inni, bardziej „niezależni” i „oryginalni”.
Honor i duma. Odgłos butów. Nienagannie ułożony mundur. Miłość, szacunek, zrozumienie. Naturalne ciepło i przyjacielska serdeczność. Siła. Ojczyzna. Honor i duma. Krok za krokiem. Idealna linia. Aryjska rasa twórców. Honor i duma. Prawa ręka uniesiona ku górze. Czerwony, biały, czarny. Prawda należy do zwycięzcy. Honor i duma. Bezlitośni i brutalni. Drżące serca matek. Samotność. Honor i duma. Oszczerstwa, kłamstwa, okrucieństwo. Maszerująca machina. Honor i duma. Wagony pełne dusz. Stosy popiołu. Zagłada. Honor i duma. Zwycięży silniejszy. Szarańcza pożerająca plony pokoleń. Honor i duma. Atak
Dressed in our uniforms so fine
We drank and killed to pass the time
Wearing the shame of all our crimes
With measured steps we walked in line

Zaczęło się dość prozaicznie – od koncertu, na który Nosowska wraz z zespołem UniSexBlues Band przygotowała kilka utworów z tekstami Osieckiej. Wyszło świetnie, lepiej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Szkoda więc było to tak zostawić, oczywiste stało się więc, że jedynym wyjściem, by te stare-nowe piosenki przetrwały, jest nagranie płyty.
I tak oto pod koniec 2008 roku na półkach sklepów pojawiła się wydana w digipacku szara płyta z wielkim, żółtym N/O na środku okładki. Opakowanie jest zwyczajnie brzydkie, co według mnie jest bardzo ważne – tu nie istotny jest wygląd, tu liczą się teksty i muzyka. Tu nie liczy się wokalistka, a jej głos i to, jak potrafi wykorzystać potencjał tych tekstów i tej muzyki. O tekstach Osieckiej powiedziano już bardzo wiele. Nie wszystko, bo teksty te można odkrywać na nowo i każdy, kto choć trochę zaangażuje się w ich odbiór, zatrzyma na chwilę i pomyśli choćby o kilku wersach, powinien znaleźć tam coś dla siebie, coś osobistego, intymnego, coś prosto z serca, przepełnionego jedyną w swoim rodzaju magią. Skoncentrujmy się więc na interpretacji.
Zaczyna się krótkim prologiem – narastającymi dźwiękami, pozornie kakofonią, w której kryje się echo tego, co dopiero usłyszymy. Od początku jedną z głównych ról gra wibrafon. W pierwszym utworze – Na całych jeziorach Ty – mamy zdecydowane tempo, wyrazistą perkusję i wibrafon. Śpiew Nosowskiej najpierw dość delikatny stopniowo narasta by pod koniec rozkwitnąć w całej pełni. Nie ma niepotrzebnego słodzenia, nie ma ozdobników – Nosowska śpiewa bezpretensjonalnie, zwyczajnie i skromnie. W Nim wstanie dzień strzałem w dziesiątkę okazało się być użycie kastanietów, poza tym całość dopełnia cicho odzywająca się co jakiś czas trąbka. Kokaina oparta na fortepianie i zaśpiewana z chrypką i lekko chwiejnym głosem to kolejny majstersztyk. Refren jest dużo głośniejszy, z trąbką, świetnie kontrastuje z powolnymi, cichymi zwrotkami gdzie głównie tekst buduje klimat. Jeszcze Zima to kolejna zmiana – tutaj główną rolę gra Nosowska i Osiecka – cały akompaniament, jest cichy i minimalistyczny. Uroda wydaje się być najtrudniejsza w odbiorze spośród wszystkich utworów. Fortepian w pierwszej połowie budzi skojarzenia z jazzem, melodia utworu jest skomplikowana, nie brak tu różnych efektów, krótkich wstawek na różnych instrumentach. Kto tam u ciebie jest promieniuje ogromnym smutkiem, jest ponury, wokal „ucieka” gdzieś gdy wokalistka śpiewa wers z tytułu. Warto zwrócić uwagę na gitarę – atonalne zgrzyty potęgują mroczny klimat utworu. Zielono mi to powrót kolorów i tajemniczości. Znów bardzo istotny jest wibrafon. Uciekaj moje serce może budzić kontrowersje – znana z serialu Jan Serce wersja jest smutna, spokojna, zaśpiewana od początku w tym samym stylu. Interpretacja z jaką mamy do czynienia na płycie Nosowskiej bardzo różni się od znanej dotąd. Pierwsza zwrotka zaśpiewana jest a capella [w tle słyszymy tylko ciche uderzenia], po niej zaś robi się głośno. Cała reszta utworu zaśpiewana jest niemal w „knajpianym” stylu – z chrypką i przytupem. Taka wersja bardzo przypadła mi do gustu, gdyż wykonanie Krajewskiego zawsze uważałem za zbyt smętne i przesłodzone, ale zdaję sobie sprawę, że niektórych może ono razić. Po krótkim przerywniku [Jesień na Saskiej] następuje ostatni utwór na płycie – Na kulawej naszej barce. Piękny fortepian, bardzo wolne tempo, ciągłe echa, powolna trąbka… to wszystko składa się na piękną całość, w której można zatonąć. Utwór urywa się nagle, co jest dobrym rozwiązaniem, aczkolwiek myślę, że trochę za wcześnie zostajemy wyrwani z tego piękna, mogło ono trwać choć kilka taktów dłużej.
Cała płyta trwa nie za długo, bo zaledwie 45 minut. Szkoda więc, że nie otrzymaliśmy jeszcze dwóch lub trzech utworów więcej, jednak nie można narzekać, jeśli krążek, która trafia w nasze ręce reprezentuje tak wysoki poziom. Współpraca Nosowskiej z zespołem UniSexBlues Band zaowocowała albumem, który spokojnie można określić jako jeden z najlepszych w ostatnich latach na polskim rynku muzycznym. To prawdziwa muzyczna magia oparta na magii słowa, którą można przeżywać wiele razy zawsze odnajdując w niej coś nowego, zawsze coś pięknego.
„We are The Prodigy”. Oto pierwsze słowa, które padają na tym albumie. Podkreślenie powrotu czy też zaznaczenie ciągłości muzycznej? Zespół pozostał ten sam i dźwięki przezeń prezentowane nie różnią się znacznie od tych prezentowanych wcześniej. Nadal jest tu połączenie muzyki elektronicznej z rockowym uderzeniem, punkowa zadziorność, dynamika i (w większości) mało finezyjne linie wokalu.
Ten sam styl jest wyczuwalny, ale na szczęście The Prodigy nie zdecydowało się na powielanie starych patentów. W tym przypadku ewolucja przyniosła więcej zwięzłości i dopracowania poszczególnych motywów, z czym wiążą się również energia oraz różnorodność. Dynamizmu nigdy prezentowanemu zespołowi nie brakowało, tak samo jest i tutaj, z tą różnicą, że inaczej ukształtowane zostały drogi do niego prowadzące. Utwory są krótsze, ale dzieje się w nich dość dużo – zarówno w poziomie (poszczególne części, zmiany temp i nastrojów) jak i w pionie (nowe głosy do pędzącej już maszyny). Różnorodność jest także widoczna pomiędzy poszczególnymi numerami. Są one rozstawione dość szeroko na prodigowskiej palecie stylistycznej.

Takie zestawienie utworów ma swoje plusy i minusy. Do pierwszych zaliczam przede wszystkim to, że ułożona w ten sposób płyta nie nudzi. Dany styl się nie przejada, a w sytuacji, kiedy niektóre zagrania nie trafiają do gustu, można zmienić piosenkę bez strachu, że usłyszy się ponownie to samo. Ważne też jest to, że w każdym z kolejnych wcieleń The Prodigy nie traci swojej świeżości – od rave’owego Omen, przez rockowe Run With The Wolf (z wyróżniającą się perkusją), aż do końcowego Stand Up, który od reszty odbiega przede wszystkim wyjątkowo pogodną atmosferą.
Album traci jednak wrażenie jednolitego organizmu – każda z jego części sunie w nieco innym kierunku.
Ale co z tego, skoro The Prodigy anno domini 2009 nadal kopie.
Kazik Staszewski wielkim artystą jest, szkoda jedynie, że nie zawsze sam artyzm wystarcza.
Protoplastą najnowszego wydawnictwa Kazika jest „Silna Grupa pod Wezwaniem” założona w 1968 roku przez Tadeusza Chyła. Gatunkowo twórczość określana jako śpiewający kabaret. Współtworzyli ją w większości artyści, aktorzy, ale również polityk, nieżyjący już Andrzej Zakrzewski, późniejszy minister kultury w rządzie Jerzego Buzka. Twórczość poruszała niewygodną dla ówczesnego systemu tematykę, efektem czego cenzura wykreowała dość mylny wizerunek, określając artystów mianem awanturników, chuliganów, pijaków. Formalnie projekt rozwiązany został w 1974 roku, jednak Chyła opuścił go cztery lata wcześniej.
Krążek Staszewskiego o analogicznym tytule „Silny Kazik Pod Wezwaniem” to nowa, zupełnie odmienna aranżacja czołowych utworów Grupy. Przyznać należy, iż użyty materiał to czysta skamielina muzyczna, jedynie uniwersalna tematyka, obecność w utworach szczypty ironii, czarnego humoru ratują przestarzałą formę całości. Treść, przesłanie można dostosować do każdego ustroju, to kwestia wyobraźni słuchacza, jednak mówimy o muzyce, a ta składa się z wielu elementów. Efektem czego powstała istna karykatura, muzyka nie mająca konkretnego odbiorcy. Jedni zobaczą jedynie zwykły kicz, staroć niewarty uwagi, drudzy, mający styczność z dorobkiem Chyła, dostrzegą coś kompletnie wyzbytego dawnego wdzięku. Największą wadą projektu jest to, iż traci on podstawowy sens, muzyka musi mieć słuchacza, nawet twórcy awangardowi tworzą dla konkretnych jednostek.

Płyta zawiera piętnaście utworów. Technicznie jest znakomita, osobliwy, genialny wokal Kazika i umiejętności Andrzeja Izdebskiego, odpowiedzialnego za produkcje, aranżację, nagrania to jeden z największych plusów. W kwestii samej muzyki godną polecenia jest „Mariola”, „Ballada o cysorzu” i ewentualnie „Powódź”. Kawałki wyraźnie banalne tekstowo, ale niezwykle ironiczne, smutne. Reszta prezentuje średni poziom, prawdę mówiąc, nie uświadczymy tu niczego ciekawego.
Pod kurtyną przejawia się prawdziwy obraz, cel odnawiania muzealnej twórczości, ma on dość jednoznaczną formę, czysto materialną. Rozumiem, że muzyk, artysta żyje głównie ze sztuki, muzyki, sprzedaży płyt, ale nie usprawiedliwia to łatwizny na jaką idzie twórca wykorzystując cudzy dorobek, zmieniony, dopracowany, ale wtórny i nieciekawy.
Staszewski wielkim artystą był i w dalszym ciągu jest, pokazał to chociażby podczas niedawnej premiery bardzo dobrego krążka „Płyta” z projektu „Buldog”. Niestety nie zawsze mu wychodzi, cóż, nie istnieją twórcy idealni.
Jak zrecenzować album, który właściwie recenzuje się sam?
Hipertrofia znaczy przerost. Wedle wikipedycznych źródeł: zwiększenie komórek, bez zmiany ich liczebności. W tym przypadku jest akurat odwrotnie – przerost nie dotyczy treści, ale ilości poszczególnych foremek, w które owe treści są wpakowane.
Coma na swoim najnowszym, dwupłytowym, wydawnictwie przygotowała aż 36 utworów trwających łącznie ponad 100 minut. Dużo. Szkoda jednak, że połowa z nich to przerywniki o mało znaczącej zawartości. Dźwięki z dyskoteki, fragmenty z koncertu, zarzynanie świni, dziecięce wyliczanki itd itp. Pytanie – po co tyle tego? Wytrącają z rytmu słuchania – dość długie fragmenty niezorganizowanych dźwięków zdecydowanie negatywnie wpływają na odbiór muzyki. W dodatku nie zawsze wstawki około-muzyczne dobrze więżą się z poprzedzającymi je lub następującymi po nich piosenkami. Zapewne miały one służyć głębszemu oddaniu klimatu i sensu płyty, niestety – nie wyszło tak dobrze, jak mogło wyjść. Wstawek jest zdecydowanie za dużo, a one same są za mało przemyślane.
Teksty piosenek nie odbiegają daleko od poprzednich dokonań Comy w tej dziedzinie. Czasem jest dobrze, czasem jest groteskowo. W ogóle słychać, że Rogucki był pod silnym wpływem absolutu podczas pisania liryków. Pojęcie to pojawia się nader często. Podobnie też tematy alkoholowe (jak – na ten przykład – śpiewane z rozrzewnieniem: „wódki i ogórków smak”). Teksty są nieobliczalne i nigdy nie wiadomo, czy wokalista w następnej piosence zaatakuje nas tym, że sprawy ludzkie nie mają znaczenia wobec absolutu, czy też może uraczy słuchaczy „cytrynowymi popołudniami” w czasie których bohater piosenki pije wódkę w ogrodzie. Ta druga grupa wyraźnie stara się wybić do poważniejszego nurtu, przez co staje się niekiedy parodią samą siebie (wpływają na to zwłaszcza hybrydy dwóch stylów). Szkoda tylko, że tak mało jest tekstów niekoniecznie poważnych, luźniejszych i przedstawiających bardziej ironiczne podejście. Takim wyjątkiem jest tylko „Emigracja” z pierwszego krążka. Więcej!
A sama muzyka? Broni się. Jest sporo piosenek w stylu, do którego Coma zdążyła już przyzwyczaić swoich słuchaczy, ale pojawiają się też utwory bardziej eksperymentalne. Są one zazwyczaj dobrą odskocznią, tak więc długi, bądź co bądź, album wchodzi całkiem dobrze.
Z drugiej strony jest też sporo piosenek stricte rockowych. Niektóre są ciekawe – czasem prezentują świeże rozwiązania i oryginalne połączenia muzyczne, czasem są po prostu dobrze zagranymi piosenkami. Pojawiają się jednak też i takie utwory, które po prostu nie powinny się pojawić, przynajmniej w takiej formie. Zbyt zamotane, rozwlekłe, zwyczajnie nudne. Mnie osobiście nie podoba się dość częste na tym albumie zestawienie energicznej i żywiołowej zwrotki z refrenem, w trakcie którego wokalista powoli wyśpiewuje poszczególne sylaby tekstu.
Hipertrofia arcydziełem nie jest. Jest niezła. Fanów zespołu pewnie zadowoli, sceptyków odepchnie jeszcze bardziej. Stosunek do Comy zawsze miałem raczej obojętny i ten album tego nie zmieni, bo jako skończona całość nie zachwyca. Niektóre utwory pozostawiają po sobie jednak bardzo pozytywne wrażenie.
Wyśmienite rodzynki w nienajlepszym cieście.
Mężczyzna w podeszłym wieku, siedząc przy małym stoliku, pomimo ogromu trosk, rozkoszował się aromatem kawy, spoglądając przez ogromne frontowe okno kawiarenki. Nieskazitelna biel pierwszego śniegu dramatycznie przeradzała się w szarość. Młody chłopak sprzedający gazety. Gorąca para buchała z jego popękanych ust niczym dym z do granic możliwości rozpędzonej lokomotywy. Wydawało się, iż z każdym oddechem traci on ciepło, maleje, zanika, a jednak na czerwonej od zimna twarzy pojawił się serdeczny uśmiech. Nie sposób było nie zauważyć, że celulozowy wyrób rozchodził się dzisiaj nadzwyczaj dobrze, a i życzliwi kupujący nie zawsze domagali się wydania reszty. Bordowo czarny Ford Model A z 1927, majestatycznie przedzierał się przez śliską śniegową breje pokrywającą ulicę. Mężczyzna w brązowym garniturze i jesiennym płaszczu z niedowierzaniem wyciągnąwszy rękę, która natychmiast zasypana została płatkami śniegu, przeklną głośno, a może powiedział coś zupełnie innego ? Zgiełk panujący wewnątrz pomieszczenia skutecznie izolował ludzi od trosk i wahań pogody. Odruchowo sięgnął do ślubnej obrączki, doskonale wiedział, że znajduje się ona na swoim miejscu, od ponad trzydziestu lat nigdy nie zdejmował jej z palca, a jednak podświadomość była silniejsza. Dziwny nawyk, pomyślał, jeden z wielu jakie nabywa człowiek wraz z upływem czasu. To już prawie czterdzieści lat. Nigdy nie uważał siebie za starca, miał świadomość swojego wieku, że czasy młodości minęły, czasami dobitnie uświadamiał go w tym poranny ból. Czterdzieści lat. Ciekawe czy ma dzieci ? Czy jest szczęśliwa ? Pytania powtarzane w nieskończoność. Czterdzieści cholernych lat, tyle czasu minęło od ich rozstania. Dlaczego musiałem zobaczyć ją ponownie ? Dlaczego właśnie teraz ? Czy ją odnajdę ? Impulsywność działania, przyczyna jego niepowodzeń i klęsk, ale również i szczęścia. Zapłacił za kawę. Szalik. Płaszcz. Budka telefoniczna znajdowała się jedynie dwie przecznice stąd, a on miał pełną kieszeń drobnych.
Operator, number, please:
it’s been so many years
Will she remember my old voice
while I fight the tears?
Hello, hello there, is this Martha?
this is old Tom Frost,
And I am calling long distance,
don’t worry ’bout the cost.
‘Cause it’s been forty years or more,
now Martha please recall,
Meet me out for coffee,
where we’ll talk about it all.

Studio pełne sprzętu, instrumentów, cyfrowa obróbka dźwięku pełna poprawek i retuszy to standard dzisiejszego przemysłu muzycznego. Formacje tworzone hurtowo, sezonowe utwory pozbawione zawartości, przekazu, muzyka robiona dla zysku, bez duszy, chęci poznania, emocji. Balansowanie na granicy banału, a katastrofalnego bezguścia.
Wytwórnia zastąpiona pokojem hotelowym, zwyczajne pomieszczenie ze krzepiącym łóżkiem, pościel śmierdząca tanim proszkiem, ściany przesiąknięte licznymi zapachami, kurzem, śladami poprzednich lokatorów. Ilość drogiego, profesjonalnego sprzętu, ograniczona jedynie do mikrofonu i “czterośladu”. Narodziny dźwięku, zrozumienie którego zależne jest jedynie od otwartości odbiorcy, granicy akceptacji, zniesienia podziałów i barier. Typowy tradycjonalista muzyczny pozostanie obojętny, dla niego nie powstało nic godnego uwagi, oprócz niezrozumienia. Nie stanowi to żadnej przeszkody dla Mika Pattona przekręcającego klucz w drzwiach hotelowego pokoju. Przepustki do chaotycznej wolności, gdzie odbiorca, świat przestają istnieć.

“Adult Themes For Voices” to niebanalny eksperyment dziwaka. Niezrozumiałe historie opowiadane przez szaleńca. Materiał zgromadzony na tej płycie trudno zmieścić w definicji sztuki jaką jest muzyka, to niewiarygodnie abstrakcyjny, nie dający się zinterpretować zbiór wszelkiej maści krzyków, pisków, kaszlu i chrząknięć. Awangarda, odrzucenie i drwina z koncepcji, stylów, trendów, tendencji. Kompozycyjny gwałt. Przepaść. Pustka.
Niezależnie od gustu, podejścia, otwartości warto poświęcić kilka minut, utworów na zglebienie jednego z najbardziej oryginalnych, klimatycznych, niepowtarzalnych światów dźwięku. Zawitać do królestwa Mika Pattona, błazna i króla w jednej osobie.
Słoneczne popołudnie. Uliczny zgiełk. Dziesiąte piętro. Otwarte okno. Strzykawka leżąca na podłodze. Wyblakłe, ciężkie zasłony pokryte kurzem, pożółkłe od tytoniowego dymu, delikatnie poruszane wiatrem, pochłaniają wdzierające się promienie światła. Ciemność, wszechogarniająca, złowroga, lepka. Zniszczony, porwany fotel pokryty przetartą czerwoną skórą. Brudny człowiek, bez imienia, bród pompowany w żyłach, bród sprzedawany na ulicach. Oszalałe bicie krwawiącego serca. Poszerzone źrenice brązowych oczu. Odwieczne szukanie odpowiedzi na pytania wykrzyczane w próżnię. Złość i bezradność. Bezkresna podróż znajdująca się na granicy bezsensu, nie mająca początku, ani końca. Dźwięki nabierające kształtów, kolorów i zapachów. Wyschnięte, zwietrzałe usta z bólem wypowiadające ledwo słyszalne słowa. Kim jestem ? Kim ?
Ten zespół zawsze kojarzył mi się z kolesiem odzianym w koszulce w paski, który śpiewał poezję; sama muzyka zaś przemykała jakoś tak obok. Niepostrzeżenie. Pierwsze wrażenia często są mylne, a czas zmienia poglądy przeszłości.
Odkrywałem powoli. Odkrywałem kilka wspaniałych utworów i zagrzebywałem je w pamięci. Odkrywałem wierzchołki gór lodowych, nieświadom tego, że to, co słyszę, jest tylko niewielką częścią.
I w końcu odkryłem.
Album pełen kompozycji subtelnych, ale rytmicznych, okraszonych całkiem bogatym instrumentarium, pełen melodii chwytliwych, ale w żadnym wypadku nie melodii pustych. Z czystym sumieniem można powiedzieć, że ta muzyka jest niejednoznaczna – w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie ma tutaj żadnych wymuszonych efektów, narzuconego odgórnie klimatu… prawdziwie swobodna muzyka.
I chociaż zachwycają mnie partie gitary, instrumentów dętych, smyczkowych, akordeonu czy rewelacyjnej perkusji, wszystkie one są dla mnie swego rodzajem tłem. Wyraźnym, ale tylko tłem. To jest chyba pierwszy zespół, który tak mocno mnie poruszył poprzez… teksty.
Słowa piosenek są poetyckie, pełne dbałości o język (nieczęsto spotykane), napisane w niespotykanym stylu. Głębokie, niekiedy nasączone humorem ciągi wyrazów tworzące interesujące konstrukcje.
Słuchanie takiej muzyki sprawia prawdziwą przyjemność i satysfakcję. Takiej muzyki, której nie jest ani prymitywna, ani nie jest skomplikowana w prymitywny sposób. Z tekstami, które nie są tylko regulaminowym dodatkiem do niej, ale które same w sobie mają rzeczywistą wartość.
Zostaje jeszcze wiele do odkrycia.
My Funny Valentine… Dźwięk trąbki, dopełniony kontrabasem i fortepianem, dostojnie wyłania się spośród pomieszczenia pełnego stolików, obrazów i lamp, zapełnionego ludzkim ciepłem, maniących kształtach papierosowego dymu, wszechobecnej unoszącej się cierpkości, różnorodności zapachów i kolorów. Lekkie, stłumione żółte światło pada na delikatnie połyskujący barowy blat. Stary, ciemnoskóry barman odruchowo dotykając siwej brody, zręcznie napełnia kolejne szklaneczki porcją whisky. Obojętność, błoga i narkotyczna obojętność zostaje przerwana. Kobieta w białej sukni, siedząca nieopodal okna, dziś jest boginią zmysłowości, tak delikatną i niewinną, tak kruchą i piękną, zdradza to każdy jej ruch, czy gest. Jest zakochana. W ręce nerwowo ściska drobny skrawek papieru, wyznanie uczucia, przepustkę do raju. Myśli pogrążone w sennych marzeniach o długo oczekiwanym szczęściu brutalnie wyrywają owacje na cześć geniuszu trębacza. Kobieta spogląda na wskazówki zegara, znienawidzone kawałki metalu, nieubłagalnie odmierzające uciekający czas. Wybija dwunasta. Łza leniwie ścieka po jej policzku – diamentowy wytwór najpiękniejszych niebieskich oczu – docierając do krańca twarzy, opada na stolik, tuż obok lampki wina i małej zamszowej torebki. Plączący anioł. Barman, poruszony przerywa monotoniczność zajęć. Biały ręcznik wraz ze szklanką wyślizguje mu się z rąk. Czas nagle staje w miejscu. Dźwięk tłuczonego szkła odwraca jego uwagę. Ponowne spojrzenie. Anioł znikł, a może nigdy go nie było ? Pozostała jedynie cierpkość, dźwięki, oklaski i dym. Błoga obojętność…
Maria Peszek, polska aktorka i piosenkarka, w kwestii muzycznej, zalicza się do nielicznego grona artystów wychodzących, bądź starających się wyjść poza pewne bariery, ramy i szarości ogólnie narzucone, przekraczając granicę w której muzyka zyskuje na osobowości, przybiera formę, duszę. Czyni to w sposób nieznacznie dwuznaczny, poprzez liryczną stronę twórczości, grą słów, znaczeń podejmuje pewne tematy należące do sfery tabu społecznego, jednakowoż wyzbywa się wulgarności, robiąc to delikatnie, ciepło, kobieco.
„Miasto Mania” album wydany w 2005 roku, pokrótce jest to odrobinę melancholijna poezja śpiewana, okraszona lekkim jazzowym, czasami chilloutowym brzmieniem. Psychodelicznie umiarkowana, jednocześnie energiczna i lekka, choć treściwa, co jest aspektem o tyle znaczącym, o ile chcemy znaleźć w muzyce coś więcej niż rozrywkę. Wszechstronność nadaje utworom pewnej uniwersalności, niezależnie od stanu ducha, oczekiwań, każdy powinien odnaleźć coś swojego, interesującego, urzekającego, pięknego. Wszechobecna kobiecość, burzliwa, zmienna, nastrojowa, to niewątpliwa zaleta twórczości. „Moje miasto” kawałek na kilka chwil przenosi nas na wieczorne, ruchliwe ulice bliżej nieokreślonego miasta, towarzyszą nam odgłosy butów uderzających o brukowy chodnik, zgiełk samochodów, zapach starego tramwaju, ciepło bijące od asfaltowej jezdni, migające światła, zapalających się latarni, szumiących drzew, policyjnych syren, wszechobecnej szarości blokowisk i prosty wokal podkreślony delikatnym brzmieniem gitary i skrzypiec, dopełniony chórem, nadającym głębi, nastrojowości. Natomiast „Pieprzę cię miasto” to przeciwieństwo poprzednio opisywanego utworu, próba przeciwstawienia się organizacji, schematom, społeczności, nietrwałości.

Paradoksalnie przy tak ogromnej wielowątkowości, wszystko zdaje się być minimalistyczne, ułożone i ustalone, nie uświadczymy tu elementów zbędnych. Dowodzi to faktu, iż materiał został dokładnie przemyślany, niczym w wielkiej układance, gdzie każdy element z pozoru chaotyczny, odpowiednio dopasowany, tworzy idealną całość. Niewątpliwie jest to umiejętność dość rzadka, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Wokal, nie jest tak charyzmatyczny, czy melodyjny jak chociażby Beth Gibbons, jednak doskonale oddaje klimat i przesłanie krążka. Przepełniony ciekawością, świeżością i przyjemnością, sprawia, że muzyka porywa, nabiera treści, Piosenkarka, twórczość, album zdecydowanie godny polecenia, co czynię z ogromną radością, naprawdę warto.
ja i ty nocne miasta ćmy
ty i ja dziwne miasta dwa
niczego więcej nie chcę
niczego nie muszę
niczego już nie szukam
I
Jakiż ten świat przeraźliwie smutny!
Dobrobyt rośnie, technika się rozwija, powstają nowe, wspaniałe, wspaniałe dzieła sztuki. Jest Muzyka! Jest Telewizja! Radość, radość, radość!
A jednak coś – jakaś złośliwość niecna tego świata – każdą kolejną stację rozwijającej się cywilizacji dusi, a każdą kolejną z tych licznych radości oferowanych przez ten świat gasi – nim ta na dobre się rozpali!
Jakiż ten świat przeraźliwie smutny!
Smutne są komputery, smutne są ekrany tv. Smutne są drzewa i psy, wszystko jest nad wyraz smutne. Nędzne odbicia szczęścia.
Zwierciadła czasu, względności, paradoksów ludzkiego bytu.
Gdy czar prostej zabawy był szczęściem. Teraz multum wymyślnych obiektów rozrywki nuży.
Gdy kromka chleba była posiłkiem. Teraz najwykwintniejsze potrawy stają w gardle.
Anhedonia?
Przesyt?
Wszystko jedno. Kogo to interesuje? Po co znać przyczynę, skoro w masie niepotrzebnych słów wybrzmiewa jeden wniosek, efekt wszystkiego, nad czym człowiek się trudził:
JAKIŻ TEN ŚWIAT PRZERAŹLIWIE SMUTNY!
II
Cóż, obudziłem się tego ranka w chmurze desperacji. Przeczesałem ręką głowę i wyrwałem pukiel zmartwionych włosów.
Dawno temu, w zamierzchłych i przeklinanych po dziś dzień czasach mówiono, że liczy się dobro grupy, tej bezkształtnej masy społeczeństwa. Że Wszyscy znaczą więcej, niż Jednostka. Jak to teraz absurdalnie brzmi!
Z najnowszych badań nad materią wynika, że więcej znaczy 1. niż 2. 1 + 1 może się równać 2 (zatracić swoją samodzielność i unikalną wartość), może też równać się 0. Liczy się ta wspaniała liczba nad liczby:
1
Po co się powtarzać. Wie to każdy.
Udoskonalajmy więc świat dla potrzeb 1! Niech 1 będzie szczęśliwa, zapchana żarciem do nieprzytomności i rozbawiona po wszystkie czasy.
I nastał zmierzch, i nastał poranek. Dzień ósmy. I łudził się człowiek, że to, co robi jest dobre.
III
Rozmawiałem o tym z różnymi ludźmi. Podobno za dużo czytam. To doprowadza do depresji.
Udokumentowano, że ludziom nie można pomóc, nigdy się ich nie zadowoli. Dlaczego? Bo mają wszystko, można jedynie od nich wziąć.
On, znawca w tych sprawach, powiedział do mnie jeszcze: „musisz zobaczyć świat takim, jakim naprawdę jest – cyrkiem pełnych świrów i klaunów”.
Uszczęśliwi człowieka już tylko chemia.
Bodźce naturalne są już za słabe dla ludzi, nie wywierają na nich wrażenia. Czym jest łąka? Pyłkami. Czym jest słońce? Zbyt gorącą koniecznością. Człowiek?
Dobro jest już dla człowieka zbyt wydelikacone. Zbyt finezyjne i lekkie. Ludzie potrzebują szczęścia takiego, jak uderzenie pięścią w twarz. Siły!
prozak, prozak, prozak, prozak
IV
Well, I woke up this morning and I shaved off my head.
By the time I realized what I had done I was already dead.
I went to see the gatekeeper who was standing by Heaven’s door,
he said, ‘I hope you brought a good supply of… you know’
***
Częstokroć jednak jeden utwór potrafi głębiej przemówić do słuchacza niż kompletny album (czy nawet dwa). Taki stosunek można spotkać na wielu płytach, których zaletą jest jeden bardzo dobry, singlowy utwór. Wada – pozostała część piosenek to perfidne „zapychaje” lepszej lub gorszej jakości. Raczej gorszej. Ale… w tym przypadku jest inaczej – genialny zespół, bardzo dobra płyta i piosenka, która ostatnio cały czas krążyła gdzieś po moim umyśle.
Nie przemówiła do mnie od początku. Wpierw była zamknięta, hermetyczna, obca, wyizolowana. Starałem się ją odkryć, poznać. Słyszałem dźwięki i przekształcony głos.
Lecz później ProzaKc Blues się otworzył. Od słów opowiadających historię nieszczęśliwego człowieka, który szukając zagłuszenia bólu uzależnia się od leku, po muzykę – najdziwniejszy blues, jaki słyszałem – blues przepełniony silną barwą karmazynu.
Przyznam szczerze, że nie gustuję w tego rodzaju muzyce, oczywiście staram się nie ograniczać tylko do jednego gatunku, czy zespołu. Muzyka, sława opiera się na publice, więc niemożliwe jest osiągnięcie sukcesu, jednocześnie tworząc muzykę, o której słyszeli tylko sąsiedzi, najbliższa rodzina i pies, mówiąc prościej, muzyka popularna ma swoje plusy i minusy, pierwsze to zysk, któremu towarzyszy jakość, druga to zysk, zysk i jeszcze raz, zysk.
Dido, popularna, nieco uzdolniona piosenkarka, moim zdaniem, jest to dość duży plus, zwłaszcza, że popularność i sława nie wynika z zamieszania, czy pozorowanych skandali, a kwintesencji muzyki, czyli umiejętności śpiewania, okraszonej interesującą barwą głosu. Każda kolejna płyta odnosi sukces komercyjny, sprzedaż kopii liczona w milionach, ale nie oznacza to, że ilość kreuje jakość.

“Life for Rent” płyta dość stara, można powiedzieć, że jest to pozycja wyjęta prosto z szafy, cała pokryta kurzem, niemalże skamielina. Pierwszy utwór, musiałem zobaczyć nazwę i odtworzyć ponownie, “White Flag”, jest typowym, nośnym otworem puszczanym w większości stacji, przyjemny wokal, liryczne przesłanie praktycznie nie istniej, jakieś pseudo poetycki bełkot o miłości, podkład dość prosty, ale ma w sobie coś urzekającego. “Stoned”, odrobinę inna konstrukcja, żwawszy rytmicznie, standardowa zawartość, pokuszę się na stwierdzenie, że w jakimś stopniu odpręża i wpada w ucho. Tytułowy utwór “Life for Rent”, monotonia, bliźniaczo podobny do “White Flag”, czy “Don’t Leave Home”, co prawda jest spokojniejszy, ale to ciągle ten sam krój, różniący się materiałem. “Who Makes You Feel”, “See the Sun”, “Do You Have a Little Time ” jestem pozytywnie zaskoczony, wyróżniają się od reszty, przełamując nieznacznie monotonię, zwłaszcza drugi z wymienionych kawałków, który rozdzielony jest dość długą przerwą, interesujący zabieg, pozornie mamy dwa utwory w jednym i nareszcie można zaobserwować odejście od standardowej koncepcji, jednopoziomowego wokalu. Dziwi nieco brak jakichkolwiek oznak, chęci zabawy głosem, wokalem, eksperymentowania, wprowadzeni czego nowego, a przecież pani ta posiada możliwości, które są marnowane i nieodpowiednio wykorzystywane. Pozostałą zawartość, określiłbym mianem zapychacza, nijakie i pozbawione duszy. Dochodzimy do najważniejszej kwestii, o ile pojedyncze kompozycje podczas jednorazowego odsłuchu, jako część większego, różnorodnego zestawu, prezentują się dość znośnie, o tyle, kilkakrotne przesłuchanie całego albumu, przysporzyło mi jedynie ból głowy.
Dido, a właściwie Florian Cloud de Bounevialle Armstrong, zaliczam do kolejnego zmarnowanego talentu, który przynosi zyski i posiada popularność, ale twórczość nie niesie niczego wartościowego, interesującego. Większość jest smętna, bezsensowna, pusta. Jestem całkowicie świadom, iż muzyka popularna, rozrywkowa nie musi łamać barier i rewolucjonizować gatunek, ale dlaczego musi być tak schematyczna i bezbarwna ?
Stanowczo nie polecam, tylko dla zagorzałych wielbicieli i fanów, reszta może ograniczyć się do audycji radiowych, gdzie utwory tej pani, stanowią obowiązkową zawartość ramówki.

Portishead, znakomity zespół tworzący muzykę będącą mieszanką trip hopu, elektroniki i chilloutu, dopełnianą niezwykłe melodyjnym głosem Beth Gibbons. Nie minąłbym się z prawdą, jeżeli stwierdziłbym, że jest to jedna z najbardziej uzdolnionych wokalistek ostatnich lat, wokal dosłownie przeszywa zmysły, pochłania, mani i otula powodując, iż stajemy się częścią dźwięków, muzyki. Kawałki „Roads”, „Glory Box” czy „Humming” to sztuka, kwintesencja zmysłowości, to uczucia, emocje, życie.
Po niemalże jedenastoletniej przerwie, ostatnia płyta „Portishead”, nie licząc „Roseland NYC Live”, która jest nagraniem „live”, wydana została w 1997 roku, powstaje zupełnie nowy, trzeci już album zatytułowany „Third”.

„Third” znacznie różni się od swoich sióstr „Dummy” i „Portishead”, to zupełnie odmienne, świeższe podejście, chęć tworzenia, energia i pasja towarzyszą niemalże każdemu dźwiękowi, kawałki są szybsze, energicznie, żywiołowe, to zderzenie nowoczesności i tradycyjnego nurtu, jakim podążali artyści. Płyta zawiera jedenaście utworów, każdy stanowi oddzielną historię, urzekającą i piękną, „Deep Water, prosty podkład, wokal dopełniony chórkami stylizowanymi na lata 50, odrobinę psychodeliczny „Plastic” czy „Machine Gun” to twórczość zupełnie nie mieszcząca się w ryzach „starego” Portishead, natomiast „Magic Doors” czy „Nylon Smile”, dosłownie chwytają za serce, doskonały przekaz emocji, niepewności, zdają się być ukłonem w stronę dotychczasowego dorobku. Urzekł mnie „The Rip”, melodyjny, spokojny wokal połączony z dynamicznym podkładem, niczym ocean przed burzą i jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że Beth Gibbons to geniusz wokalny, a Geoff Barrow zasługuje na miano multiinstrumentalisty.
Jedenaście lat, to niemalże wieczność, zwłaszcza w przemyśle muzycznym, czy warto było czekać ? Zdecydowanie tak, twórcy postawili na rozwój, przełamali barierę monotoniczności. Zespół i jego twórczość wiele zyskała, przeszła renowację i przemianę, jednocześnie nie tracąc korzeni, to w dalszym ciągu stary, dobry Portishead. Szkoda, że zajęło im to tak wiele czasu…







Nie lubię gotyckiej muzyki. Nie ważne, czy chodzi o elektroniczne, czy o rockowo-metalowe klimaty, gotyk nigdy mnie nie pociągał. Nie przepadam także za tak zwanym symfonicznym metalem – kiedyś słuchałem zespołu Blind Guardian, który miał ciągoty w tym kierunku i jest to chyba jedyny wyjątek w kontekście unikania przeze mnie tego rodzaju muzyki. Do tego wszystkiego warto jeszcze dodać, że nie przepadam także za językiem niemieckim. Tyle, jeśli chodzi o moje upodobania.
W A Prayer for Your Heart śpiewa Anne Nurmi. Byłem przekonany, że bardziej znudzonym, mdłym głosem, niż w Apart na Echos, ta pani nie jest w stanie zaśpiewać. Myliłem się. Kolejny nijaki gniot na krążku. Potem następuje hit prosto z podrzędnej rockoteki – I Lost My Star in Krasnodar. Bardzo skoczna to piosenka, na pewno na koncertach publiczność będzie skakać, śpiewać i krzyczeć razem z Tilo. Zwłaszcza, że tekst jest prosty i łatwo wpadający w ucho. Co z tego, że nie mamy do czynienia z poezją, a z kiczowatą grafomanią? Ale zaraz, kto oczekuje od Lacrimosy nagrywania koncertowych, skocznych hitów?
Wśród pasjonatów szeroko pojętej muzyki istnieje dość silna frakcja utrzymująca, że gatunek zwany progresywnym rockiem umarł. Że wszystko, co nagrywane jest współcześnie i czymkolwiek nawiązuje do muzyki tworzonej w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dwudziestego wieku można co najwyżej określić jako muzykę neoprogresywną, nie dorównującą “wielkim dawnym”. 


Odpowiednie słowa zawsze są zawsze mile widziane. Zamiast nazwać coś prostacko, można tą samą rzecz nazwać fikuśnie i całość wskakuje wtedy w zupełnie nowy wymiar. Na ten przykład: krzyk nie jest krzykiem, a dehumanizacją. Monotematyczność i drążenie jednego motywu? To dehumanizacja. Wszystko podporządkowane nadrzędnemu środkowi, jakim jest rytm? Także dehumanizacja. Bardzo nisko strojone gitary z siarczystym przesterem? Dehumanizacja! Te wszystkie elementy związane w jedną, głośną całość ? Meshuggah i ich najbardziej wychwalane dzieło: Catch 33.
Jeszcze nigdy aż tak nie śledziłem żadnego albumu.
Prawdę mówiąc nie jestem wielkim fanem formacji, kontakt z twórczością mógłbym opisać na zasadzie relacji czysto koleżeńskich, raz na jakiś czas „spotykamy” się przy piwku, dość miło spędzamy czas i rozchodzimy. „Back In Black” oraz kilka wcześniejszych, późniejszych utworów, płyt uważam za bardzo dobre wydawnictwa hard rockowe, uwielbiam sceniczne zachowanie Angusa Yonga, nietypową barwę wokalu Briana Johnsona, jednak informację o zbliżające się premierze nowej płyty przyjąłem dość obojętnie, nie miałem również jakichkolwiek wygórowanych oczekiwań.



