ispoviednik – muzyczne podsumowanie roku 2009

2010 Styczeń 6
Autor: Artur Kharchenko

Koniec roku, czas podsumowań, jako profesjonalni amatorzy powinność swoją wypełnić musimy. Przyjęta być miała forma następująca, że o najgorszej, najlepszej słów kilka, ale zasady łamać lubimy, więc po swojemu zrobimy, chaotycznie i dziwacznie, jednak nie tak bardzo cudacznie albo coś w podobnym sensie. Podsumowanie muzyczne, ponieważ o niczym innym pisać nie pozwala nam tematyka tego miejsca, czas rozpocząć. Kliknij w  czytaj dalej…

Oceansize – Home & Minor

2009 Grudzień 30

Brytyjski Oceansize należy do moich ulubionych zespołów i nie ukrywam, że na ich nowy materiał czekałem niecierpliwie. No i doczekałem się nowości w postaci sporej jak na epkę, 32 minutowej Home & Minor. Mimo iż od początku zapowiadana jako muzyka spokojna, cicha, nastrojowa i wprowadzająca sporo nowości do stylu i brzmienia ‘size’ów, płytka ta okazała się być dla mnie niemałym zaskoczeniem.

Wynudziłem się zdrowo podczas pierwszego przesłuchania. I poczułem się też oszukany – dotąd łykałem wszystko, co Oceansize mi podsunęło – trzy albumy, epki, single – zawsze mi się podobało. Tymczasem muzyka na Home & Minor okazuje się być anemicznym smędzeniem, cedzeniem melodii przez zęby. Kolejne podejście utwierdziło mnie w tym przekonaniu, więc obraziłem się na krążek i zapomniałem o nim na jakiś czas.

Ale do Oceansize wracam dość często, a takiej pomyłki nie mogłem zespołowi darować. Zawziąłem się, że jednak coś da się z tej muzyki wycisnąć i… zabrałem ją do łóżka.

W spokoju, ciemności i wyciszeniu włączyłem muzykę i tak odpłynąłem na pół godziny.

Bardzo piękna to była podróż, pełna spokojnych, ciepłych zachwytów i delikatnych, prostych uśmiechów. Kompozycje są stonowane, nie ma w nich niczego podanego na tacy, na pierwszym planie. Wszystko – od rytmu po partie wokalne – trzeba sobie z tej całości wyłowić, wysłuchać i znów wpasować w całość. W zasadzie brak mocnych uderzeń, brak ostrych zagrywek. Najkonkretniejsze wydają się być Getting Where Water Cannot oraz The Strand, lecz nawet one prędzej czy później ulegają specyficznemu rozmyciu.

Pełno tutaj drobiazgów – są delikatne dzwonki, jest niecierpliwa, ale delikatna perkusja, są trąbki, których można nie zauważyć, jeśli nie wie się gdzie ich szukać. Partie wokalne potraktowano zupełnie inaczej, niż na poprzednich płytach. Są teraz integralną częścią muzycznego strumienia, zlewają się z nim, raz wypływając na wierzch, raz nakładając się na partie któregoś z instrumentów. Wszystko to tworzy wrażenie nieuchwytności muzyki, każdy wyraźniejszy szczegół sprawia więc tym większą przyjemność, odczuwa się go intensywniej. Piękno polega tutaj na prostocie – dopiero w kontekście zaplecionych ozdobników, pobrudzonych wątków, drgającego tła, jesteśmy w stanie docenić kilka czystych, głęboko brzmiących dźwięków i rzeczywiście się nimi cieszyć.

Sporo jest eksperymentów. Należą do nich wspomniane już dzwonki czy trąbka, odrobina elektronicznych dźwięków, ale także żeńskie wokalizy, oraz manipulowanie rozmieszczeniem partii w przestrzeni. Tytułowy utwór jest pod tym względem majstersztykiem. Na początku rozstrzelenie utworu na dwie strony może wydać się dziwne, nawet irytujące, potem zaś docenia się jak dobrze brzmią poszczególne partie. Muzykę eksponowaną w ten sposób odbiera się nieco inaczej i jest to niezaprzeczalnie zaletą.

Intryguje mnie The Strand, zaczynający się cicho, niepozornymi dźwiękami, a potem straszący dość ostrą grą perkusisty. Utwór jest niepokojący, klimatem wybiega trochę poza spokojny, senny, może nawet odrobinę świąteczny nastrój albumu. Brzmi chropowato, brudno, a całości dopełnia mrukliwy wokal, budzący nawet wątpliwości czy w utworze zamiast dopracowanego wykonania nie znalazło się przypadkiem nagranie z próby. Zupełnie to jednak nie przeszkadza, utwór brzmi wręcz bardziej naturalnie, szczerze. Później pojawiają się jeszcze chórki, które wcale nie rozświetlają atmosfery. Niepokojący, smutny nastrój utrzymuje się do końca.

Home & Minor nie jest muzyką dla każdego i na każdy dzień. By z przyjemnością wysłuchać tej epki potrzeba nastroju, cierpliwości, gotowości na muzykę, która nie przyjdzie sama i jeśli nie ma stanowić tylko tła, to wymaga odrobiny zaangażowania. Rozczarowanie wielu, nawet wieloletnich fanów Oceansize jest uzasadnione, gdyż zespół zawędrował dość daleko od dotychczasowych dokonań. Pokazuje się tutaj od tej łagodnej, spokojnej strony, eksponuje muzykę nastrojową, bawi się i eksperymentuje.

Home & Minor to tylko epka, nie dorównująca z pewnością doskonałemu Frames, jednak warta uwagi, jako rzecz nastrojowa i oryginalna. Wskazane jest zapoznanie się z tą muzyką także ze względu na zapowiadany na przyszły rok czwarty długogrający album grupy, na który obecne eksperymenty zespołu z pewnością będą miały niemały wpływ. Biorąc pod uwagę wypowiedzi Mike’a Vennarta, wokalisty grupy, iż znajdą się na nim także fragmenty ostre i ciężkie, jak jeszcze nigdy u ‘size’ów, ja już nie mogę się doczekać.

DJ Shadow – Endtroducing…..

2009 Grudzień 26
Autor: Artur Kharchenko

Teatrzyk kontrowersji, taniego skandalu. Sztuczność, zafoliowany produkt jednorazowego użytku. Sława, popyt,  pieniądze, wyniki prostego wzoru, masowej chałtury. Naturalność, bycie czymś ponad obrazek, okładkę, nagłówek staje się niewygodne, nieopłacalne. Każdy przejaw odmienności natychmiastowo zostaje pochłonięty, stłumiony i na nowo uformowany przez machinę bezosobowej masy. Skaczący klauni odziani w tandetne, kolorowe stroje, pochłonięci narkotycznym szelestem pieniądza, wykonują tanie, cyrkowe sztuczki. Brzmi banalnie, kolejna formułka, skrajność, a może w ludzkiej naturze leży wybieranie najprostszej drogi, przecież nie wszystko musi,  powinno, może być wartościowe,  zbyt to trudne, wymagające, czasochłonne.

Nie ma najmniejszego znaczenia, iż Endtroducing….. trafił do znanej księgi o rekordach wszelakich, jako pierwszy album stworzony jedynie z sampli, a twórca, Joshua Davis, kryjący pod pseudonimem DJ Shadow, niemalże szczyci się  brakiem jakichkolwiek umiejętności gry na instrumentach. Znaczenie ma nietypowe podejście Davisa do kwestii tworzenia. Interesuje go dźwięk. Każdy, najbardziej niepozorny skrawek utrwalonego na jakimkolwiek nośniku hałasu może zostać użyty w procesie kreowania. Rock, jazz, soul, funk, granic nie wyznacza gatunek, pod twórcze nożyce trafia materiał każdego rodzaju. Muzyczny krawiec, kawałek po kawałku, urzeczywistnia złożoną, uporządkowaną, dopełnioną kolekcję dźwiękowych kreacji.

Nietypowość wynika z wielowarstwowości. Endtroducing….. można odebrać w najprostszy, najbardziej typowy sposób, skupiając uwagę jedynie na rzeczy najważniejszej, czyli muzyce. Wystarczy słuchać, pozbawieni zostaniemy możliwości odnalezienia ukrytych odniesień, ale przekaz w dalszym ciągu będzie zrozumiały.  Ograniczając, do niezbędnego minimum,  rolę odbiorcy, otrzymamy solidną, klimatyczną, interesującą, wciągającą mieszankę elektroniki i trip-hopu, ale nic ponadto, czysto powierzchowna relacja.  Poznanie całości zamysłu, jego piękna i głębi,  de facto, zawartego w samej genezie samplingu, wymaga nieco obeznania muzycznego i zaangażowania. Davis tworzy bazując na istniejącym budulcu, gdzie trzon, elementy większości kompozycji pochodzą  z nagrań wielu artystów. Trywialne zapożyczenie, nic bardziej mylnego, nic nie jest dziełem przypadku, każdy dźwięk posiada indywidualną historię i pochodzenie. Odkrywając je, wyruszamy w podróż ścieżkami inspiracji, wpływów, poznajemy pierwotne źródła natchnienia, surowe formy dźwięku.

Pierwszą z nich jest utwór I Feel A New Shadow Jeremiego Storcha, który użyty został w Building Steam With a Grain of Salt. Storch urodził się w 1947 w Nowym Jorku, a po ukończeniu szkoły średniej, powołał rockową kapelę The Vagrants. Popularność i sukces, pomimo rozwiązania grupy, szły w parze z typowym stylem życia rockowej gwiazdy. Przedawkowanie narkotyków doprowadza do śmierci klinicznej, podczas której Jeremi doświadcza objawienia, następstwem czego, całe swoje życie postanawia poświęcić pracy misyjnej i służbie Jezusowi. Podstawą The Number Song jest Orion niejakiej Metallici, mam nadzieję, iż nie trzeba nikomu przedstawiać najbardziej wpływowego zespołu heavymetalowego lat 80.? Changeling bazuje na Invisible Limits niemieckiego zespołu Tangerine Dream, prekursorów krautrocka, czyli eksperymentalnego rocka progresywnego oraz praojców new age.  Formacja powstała w 1967, a założycielem i jedynym stałym członkiem jest nijaki Edgar Froese. Love Suite od Nirvany, ale nie tej z depresyjnym wokalistą narkomanem rozwalającym swój łeb z dubeltówki, a angielskim zespołem grający progresywny, psychodeliczny rock, pojawia się w Stem/Long Stem. Mutual Slump to Possibly Maybe od  Björk,  sytuacja analogiczna do Metallici, trudno nie wiedzieć kim jest ta islandzka wokalistka. Midnight in a Perfect World wywodzi się z The Madness Subsides finlandzkiego multiinstrumentalisty, kompozytora Pekka Pohjola, a What Does Your Soul Look Like, Pt. 1: Blue Sky Revisit to Voice of the Saxophone jazzowej grupy powstałej w 1975 w Filadelfii.

Recenzja nietypowa, ponieważ celowo pominę twórczość samego Davisa, napisze jedynie, iż warto po nią sięgnąć, jeżeli nie z zamiłowania do muzyki, a podejrzewam, iż większość ludzi obeznana z gatunkiem już dawno tego dokonała, to z czystej ciekawości. Nie należy tworzyć barykad, zamykać na jakikolwiek rodzaj sztuki, ograniczając chęć poznania, pozbawieni zostajemy możliwości odkrycia piękna, a przecież już sam fakt poszukiwań może dostarczyć czegoś interesującego.